— Nie martw się, dziewczyno, bo nos ci się wydłuży. Masz tu kuraka, którego ja nie zjem za żadne skarby świata, bo krzywo na mnie spojrzał. Zarżniesz go o świtaniu... Tfu! Do licha! Rób sobie z nim, co chcesz. A jeśli sama też nie zjesz, to cię przeklnę.

Chytry doktor wiedział o machinacjach Irenki, bo często udawała tylko, że je, byle zachować coś dla matki albo dla Jasia, który chodził do szkoły, ciężko narzekając na tego, który wymyślił tę instytucję. Nawet okruszyny zbierało się w tym biednym domku.

Trzeba było nakarmić głód i smutek, ciała i dusze. Tym drugim, dziwnym pokarmem zajęła się Irenka, mająca w tym względzie doświadczenie. Powoli i ostrożnie zaczęła prząść radość jak srebrny pajączek swoje przędziwo. Z wesołym uporem wmawiała we wszystkich, że mieszkanie jest wygodne i przestronne, że miasteczko jest czarujące, a słońce tak samo złote jak dawniej było. Leczyła swoich takimi samymi gusłami70, jak doktor Lipień leczył zabobonnych kmiotków. Była szczęśliwa, jeżeli na czyichś ustach pokazał się uśmiech, taki blady jak uśmiech na ustach chorego dziecka. Za jej sprawą smutek zaczął opadać i rzednąć jak mgła przed świtem, wzburzony ból serc uciszał się, jak woda na jeziorze przysychały łzy. Czasem Jaś zaśmiał się głośno i z całego serca, słuchając obłąkanej gadaniny Irenki. Najpierw przyjmowano ten śmiech z nagłym zdumieniem, jak gdyby nieznany daleki głos, z czasem zaś zaczęto oczekiwać z upragnieniem złotej radości dziecka. Znużeni ludzie wreszcie odpoczywali i zdawało się, że w dwóch bielonych izdebkach życie ułożyło się jako tako. Tak jednak tylko zdawało się. W izdebce po lewej stronie, zamieszkanej przez babkę i ciotki, odbywały się jakieś knowania i spiski. Zdumienie Irenki było bezgraniczne, kiedy dowiedziała się przypadkiem od Jasia, że ciotka Barbara chodziła na pocztę, co odniosło piorunujący skutek, po tygodniu bowiem oszołomiona ciotka otrzymała list — zapewne odpowiedź — i czym prędzej ukryła go na piersi. Poczciwy babiniec coś knuł i jakąś podziemną snuł intrygę.

Wreszcie ziemia zakołysała się, a wulkan wyrzucił pod niebo wielką wiadomość. Oto ciotka Barbara miała jakąś całkiem zamożną przyrodnią siostrę, która, owdowiawszy po raz trzeci, wiodła siwy i spokojny żywot we Lwowie71, najbardziej gościnnym mieście na obu półkulach niegościnnej ziemi. Osoba ta, samotna jak księżyc na niebie, wzruszona listem Barbary pisanym łzami, zgodziła się na przyjazd jej i babki. Zaświadczyła to w liście bohaterskim, a zarazem rzewnym, dowodzącym, że są jeszcze na świecie, a w mieście Lwowie szczególnie, ludzie dobrzy i miłosierni. Żadnych nie obiecywała rozkoszy, ale kąt spokojny i kęs chleba. Babina miała zacne serce. Babka oświadczyła z miejsca, że tygodnia nie przeżyje w nieznanym mieście, ale pojedzie, bo chciałaby na stare lata zobaczyć kawał świata.

Wysłuchano tej wieści ze zdumieniem tak głośnym, że nikt nie usłyszał uwagi obecnego przy tym doktora, który więcej na użytek własny niż na użytek publiczny rzekł cicho:

— Babka z wozu, koniom lżej...

Zapowiedź rozstania najbardziej zdumiała ciotkę Amelię. Patrzyła na babkę i na Barbarę jak na szalone podróżniczki, co wybierają się do afrykańskiej puszczy. Rozumiała, że tylko śmierć je rozłączy. Wiedziała o liście Barbary, nie spodziewała się jednak tak rychłego rozwiązania. Widać, że tak trzeba, bo w białym domu było wiele miejsca, ale tu go nie ma. W białym domu był zawsze chleb, a tu go często brakło. Nagle poczuła się strasznie winna, bo przecież ona też jest ogromnym ciężarem i je opłakany chleb tych, którzy go nie mają zbyt wiele. W niespodzianym olśnieniu, jakby własną, niezawinioną ujrzawszy zbrodnię, rzekła cicho, lecz stanowczo:

— Ja też jadę!

— Ale dokąd? — zawołała pani Borowska.

— Nie wiem... — odrzekła Amelia i rozejrzała się dokoła, jakby szukając ratunku.