Doktor Lipień kiwnął głową z wielkim uznaniem. Przyłożył palec do czoła, jakby nakazywał czujność swojej mądrej głowie i wzywał ją do potężnego wysiłku, a po chwili rzekł:
— Czy pani naprawdę chciałaby wyjechać?
— Chciałabym umrzeć! — westchnęła Amelia.
— Przy takim jak ja doktorze może to pani zdarzyć się bez wielkiego zachodu. Ale lepiej jest żyć, bo śmierci nie da się tak łatwo odrobić. Każdy gada, że chciałby umrzeć, a jak przyjdzie co do czego, wtedy krzyczy, że nie chce, i dopiero doktorzy muszą mu pomóc, aby życzenie się spełniło. Coś pani powiem, panno Amelio... Nie gniewajcie się, że to wszystko gadam, ale dla tego berbecia — tu pogardliwym ruchem głowy wskazał Irenkę — gotów jestem narazić się na wyrzucenie za drzwi. Tylko spokojnie! Otóż rzecz jest taka: tak razem, w kupie, nie dacie rady. Nie ma co ukrywać... Jeszcze dwa miesiące, jeszcze trzy, a co potem? Finis, punctum72, pauza. Trzeba więc ulżyć sobie nawzajem...
— Ależ doktorze! — rzekła z wyrzutem pani Borowska.
— Oho! Serce gada, a ja mówię na rozum. Nie przerywajcie mi, bo jestem natchniony i improwizuję. Otóż, babcia dobrodziejka i panna Barbara zrobiły wspaniałą karierę.
— Kto umarł? — krzyknęła ni stąd, ni zowąd babka.
— Dotąd wszyscy moi pacjenci — huknął doktor. — Cóż jednak uczyni panna Amelia, która płacze, bo wie, że wam wszystkim ciężko? Proszę pani! Ja mogę mówić, że pani płacze, ale to nie powód, aby pani naprawdę beczała. Najlepiej niech się pani odwróci twarzą do ściany i popłakuje w tej pozycji, a ja dokończę moją wielką mowę.
— Ja już nie płaczę... Ja słucham, drogi doktorze. Pan jest...
— Na Boga! Proszę nie kończyć, bo dzieci dowiedzą się o mnie czegoś strasznego. Otóż panią, panno Amelio, skażę na ciężkie roboty. Czy państwo słuchają uważnie?