— Słuchamy.

— Jest w tym nie bardzo podłym miasteczku jeden stary dziwak. Dobry człowiek, tylko narwany. Posiada chałupę, kanarka, psa i nikogo więcej na świecie. Kanarek ma złamaną nogę, pies ma pchły, a jego pan ma kiełbie we łbie. W domu jest mała, prowincjonalna filia wielkiego zakładu dla wariatów; obiad jedzą tam czasem o północy, w lustrze może przeglądnąć się chyba śmierć, bo tak zaśniedziało, ubranie leży pod łóżkiem, a buty wiszą w szafie. Nadzwyczajna rozmaitość... Gadałem z tym mandrylem73, aby wreszcie, choćby przed śmiercią, jaki taki ład zaprowadził w swoim domu. Mówię mu: „Czy panu nie wstyd robić chlew z katolickiego domu?”. Odrzekł mi, że nie ma czasu na głupstwa. „Weź pan sobie zacną i stateczną gospodynię!”, powiadam. „A skąd ja, u licha, wytrzasnę zacną i stateczną gospodynię?!”, mówi. A ja mu na to: „A ciotka Amelia to pies?”. Och, przepraszam! Nie tak powiedziałem, tylko jakoś podobnie.

— Nie szkodzi, nie szkodzi — uśmiechnęła się Amelia przez łzy.

— Ja wiem, że nie szkodzi, ale przeprosić trzeba — odrzekł doktor. — Stanęło więc na tym, że stare dziwadło chętnie i z całego serca odda pod pani opiekę swój ohydny dom, coś tam nawet za to zapłaci, nakarmi i napoi. Czy to nie doskonały pomysł?

— Świetny! — krzyknęła z entuzjazmem Amelia.

Pani Borowska pokręciła głową.

— Dobrze — rzekła — ale sam pan mówi, że to bzik. Czy to naprawdę wariat?

— Czasem miewa chwile przytomności — rzekł doktor z uznaniem. — Poza tym nie bardzo szkodliwy. Nie gryzie, nie wyje i nie kąsa.

— Któż to taki?

— No, któż? Czy to tak trudno zgadnąć?