— Żadna „panna Irenka”, tylko po prostu Irenka! — rzekła dziewczyna. — Niech panu Bóg zapłaci za to, że pan jest taki dobry. Dokąd ja teraz mam pójść?
— Jak to: „dokąd”? Do nas! Do tej pani pójdzie pani jutro, a dzisiaj do nas, bo Irenka u nas zamieszka. Irenka pewnie nie wie, że ja się ożeniłem... A jakże! Znalazła się taka, co mnie chciała, zamknęła oczy i wyszła za Podkówkę. Czeka na panią i doczekać się nie może. Moja mama też... Kiedy usłyszała, że panna Irenka ma przyjechać, rozpłakała się, ale nie tak zwyczajnie, tylko strasznie serdecznie.
— A może miejsca nie ma?
— Och, och! — śmiał się pan Podkówka z ogromnym zachwytem. — Ja mam ogromne mieszkanie, a list odniesiono mi z dawnego. Będzie panna Irenka mieć osobny pokój w moim gabinecie.
— To pan ma gabinet? — zapytała z szacunkiem.
— Mam, bo ja już jestem adwokatem, ale gabinet na razie jest mi zupełnie niepotrzebny, bo jeszcze ani jeden klient do mnie nie przyszedł. Jakoś jednak żyję, bo ojciec mojej żony nie jest adwokatem, tylko rzeźnikiem, i doskonale mu się powodzi. Mnie się też kiedyś zacznie... O, jak ja się cieszę, jak ja się cieszę!
Radość pana Podkówki udzieliła się całej rodzinie. Ściskano Irenkę i całowano jak kogoś bardzo bliskiego. Mama pana Podkówki wylała jezioro szczęśliwych łez, oświadczając ze szlochaniem, że takiej ślicznej panienki nie widziała w swoim życiu, co z wielką radością poświadczyła żona pana Podkówki, osoba ogromnie wesoła, błękitnooka, rumiana i szczęśliwa. Męża swojego poznała na uniwersytecie i przejrzawszy go roztropnymi oczami na wylot, sama mu się oświadczyła; pan Podkówka bowiem, chociaż za sprawą Irenki młodzian odważny, nie był zdolny do tak wspaniałego bohaterstwa.
Przypominali sobie teraz z Irenką na wyścigi wszystkie szaleństwa, śmiechem jak źródlaną wodą skrapiając każde wspomnienie. Mama zalewała się łzami i wydawała trwożne okrzyki — ile razy jej syn właził we wspomnieniach na wysokie drzewo — bojąc się, aby nie spadł, żona zaś zanosiła się od śmiechu. Było im dobrze i bardzo, bardzo przyjemnie. Wieczorem przyłączył się do kompanii ojciec rzeźnik, sumiasty i jowialny88 jegomość, który, oceniwszy Irenkę zawodowym okiem, uśmiechnął się do niej z miłym uznaniem jak do dorodnej „przedniej cielęcej”.
Wszystko to w obszernym liście nazajutrz o świcie zostało opisane i wysłane do pani Borowskiej jak sztafeta z placu boju. Dzień zaczął się od przygotowań uroczystych i przezornych. Żona pana Podkówki odprawiła jakieś dziwne czarodziejstwa z garderobą Irenki i ze znakomitą zręcznością przydała wdzięku jej smutnej sukience. Jedynie próby ujarzmienia oszalałej czupryny spełzły na niczym. Pan Podkówka, wiele mający czasu, oświadczył, że na krok jeden nie puści Irenki samej, bo nie chce odsyłać jej szczątków wydobytych spod automobilu, poszli więc razem — on poważny, ona zaś z niespokojnym drżeniem serca.
— To tu! — szepnął wreszcie wzruszony pan Podkówka.