—- Nie, nie... Pan jest bardzo dobry... Willa „Ustronie”, prawda?
— Tak, panienko — odrzekł, patrząc na nią dziwnie serdecznie.
Zamknął bramę powoli i bez trzasku, jakby jej nie chciał uczynić przykrości.
— Klapa! — rzekła Irenka z cichą rozpaczą. Pan Podkówka hardo podniósł głowę, jak gdyby złośliwemu losowi chciał spojrzeć prosto w twarz.
—- Przecież nic się nie stało jeszcze — rzekł z mocą. — A Irenka zaraz w krzyk.
—- Ja wcale nie krzyczę...
— Ja wiem, że nie, tylko tak powiedziałem. Klapa byłaby wtedy, gdyby pani Opolska była, a jednak jej nie było. Ale ponieważ naprawdę jej nie ma...
— Nie rozumiem... Jak to może być, że mogła być i nie być?
— Możliwe. W tych wszystkich domach, Irenko, mieszkańcy są, ale nie dla każdego. Taki lokaj od razu wie, dla kogo są w domu, dla kogo są tylko niekiedy, a dla kogo nigdy ich nie ma.
— A czy ten staruszek powiedział prawdę?