Wziął jej parciane bogactwo i zaczął iść szybciej.
— Dziękuję panu... Pan jest nadzwyczajny!
— Pani też... Skąd pani przyjechała?
— Ja mieszkałam od urodzenia na wsi, a teraz żyję w małym miasteczku. A pan?
— Ja mieszkam wszędzie. Raz w Rzymie, raz w Paryżu...
— To musi być cudownie! — rzekła Irenka z uznaniem. — Gdybym była bogata, mieszkałabym co tydzień w innym mieście... Czemu te panie tak patrzą?
Przechodzące dwie kobiety przystanęły i trąciwszy się łokciami, spoglądały ze szczególnym zdumieniem na tę parę, złożoną z wytwornego młodzieńca i czarnej, biednie ubranej panienki.
— Bo jest na co patrzeć — odrzekł młodzieniec, już mocno rozbawiony. — A oto pani „Ustronie”. Niech pani zabiera swoją walizkę...
— Jeszcze nie, jeszcze nie, proszę pana... Niech pan będzie taki kochany i zaniesie ją aż do samego domu!
— Po co? Na co?