— Bo mnie tam lepiej przyjmą, skoro ujrzą, że taki wspaniały pan niesie moją walizkę.
— Ach, tak?... Jazda!
Wszedł wesoło do ogródka przed domem i głośno zakrzyknął, ujrzawszy kogoś w oknie, aby ten ktoś wyszedł na spotkanie hrabianki, podróżującej incognito. Ten ktoś musiał również krzyknąć, bo cały dom zaroił się od razu i na ganku zjawiło się kilka osób. Wszystkie twarze, jak na komendę, powlekły się uśmiechem. Nikt nie spojrzał na Irenkę, lecz wszyscy patrzyli z zachwytem ma młodzieńca. On zaś, głośno śmiejąc się, rzekł, wskazując dziewczynę:
— Przyprowadziłem gościa z pociągu...
Ktoś podbiegł i wziął z jego rąk walizeczkę.
Irenka, oszołomiona cokolwiek tym przywitaniem, dygnęła przed nim i wyciągając rękę, powiedziała:
— Niech Bóg panu zapłaci. Nazywam się Irena Borowska.
— Bardzo ładnie nazywa się pani... Do widzenia! Kiedy pani będzie wyjeżdżała, niech mi pani da znać, a ja odniosę walizkę na kolej.
Ukłonił się najpierw jej, potem całej werandzie, a wtedy cała weranda westchnęła, jak gdyby wielkie jakieś spotkało ją szczęście.
Splendor z tego słonecznego młodziana musiał spłynąć i na Irenkę, bo ją otoczono czym prędzej i z honorami wprowadzono do wnętrza domu. Nie mogła wypowiedzieć ani słowa, gdyż panie zarzuciły ją pytaniami: