— Czego sobie panienka życzy? — zapytała pani Milecka, ogarniając ją szybkim spojrzeniem. — Proszę usiąść...

Irenka, nie korzystając z zaproszenia, rzekła czym prędzej:

— Ja przyjechałam do pani Opolskiej...

— Niestety, pani Opolska przed dwoma dniami wyjechała.

— Jezus, Maria! — krzyknęła dziewczyna tak zbolałym głosem, że pani Milecka szczerze się przelękła.

— Niechże pani usiądzie... Co panience jest? Czemu pani tak zbladła?

Irence tak zakręciło się w głowie, że musiała usiąść. Podniosła rękę do czoła i otarła z niego krople potu.

— To jest nieszczęście, to jest wielkie nieszczęście... — mówiła, a widać było, że z trudem broni się przed łzami; mężnie jednak zacisnęła usta.

— Jakie nieszczęście? Niech pani uspokoi się, drogie dziecko, i powie mi, co się takiego strasznego stało.

Patrzyła na dziewczynę serdecznie, zdjąwszy z twarzy niepotrzebny zdawkowy uśmiech.