— Dałby Bóg! Więc się nie cofniesz?

— Nie!

— Dobrze. Jesteś dzielna dziewczyna. Powiadają filozofowie, że gdzie diabeł nie może, tam ciebie pośle. Zrobione! Ja będę stał na straży i gdyby ten bandyta śmiał cię obrazić chociaż jednym słowem, ciężki będzie jego los. Ja, uważasz, Ewciu, tylko w domu jestem człowiek nieśmiały, lecz poza domem... Wszystko jedno... Dojeżdżamy.

— O Boże! Serce mi bije... Proszę pana, a jeśli go nie będzie w domu?

— Ślimak zawsze jest w domu — odrzekł niezwykle roztropnie pan Szymbart. — On podobno nigdy nie wychodzi ze swojej pieczary. To już tutaj... Wyłaźmy! Trzymaj się, dziecko, bo cokolwiek zbladłaś. Myślę, że na takiego najlepiej od razu z gębą, a sądzę, że to potrafisz.

Wynieśli obrazy z auta, Ewcia stanęła na straży przy skarbie, a pan Szymbart poszedł na zwiady.

— Pierwsze piętro od frontu — szepnął, powróciwszy. — Ja sobie tam stanę, przed tym sklepikiem. Czy mam cię błogosławić? A pamiętaj o chustce. Nie bój się! Uważaj tylko, aby obrazów nie zabrał, a ciebie nie wypchnął na schody. Wtedy krzycz: „Ratunku! Bandyci” albo coś w tym stylu. Gdybyś go mogła łagodnie zakatrupić, każdy sąd cię uniewinni. Jazda! Ja poniosę obrazy...

— Potem pana ucałuję!

— Obejdzie się, jestem dzisiaj nieogolony.

Pan Szymbart poniósł obrazy po drewnianych schodach sędziwego i mrocznego domu aż pod drzwi, ma których widniała tabliczka z nazwiskiem Mudrowicza. Położył palec na ustach jak czujny spiskowiec, uśmiechnął się do Ewci, jakby jej chciał dodać odwagi, po czym zszedł cicho, stąpając ostrożnie, jak gdyby uciekał z więzienia.