Ewcia oddychała ciężko. Kilka razy chciała nacisnąć dzwonek, lecz cofała rękę. Pan Jerzy mówił o Mudrowiczu jedynie, że to twardy człowiek, pan Szymbart ją jednak przestraszył. To jakiś ponury człowiek. Ponury i złośliwy. Zdziwaczały i zły. Trudno! Niech będzie nawet najgorszy, a cofać się nie należy.
„Nic się gorszego stać nie może”, myślała Ewcia, „niż to, że się nie uda. Nikt nie będzie wiedział o niczym... W imię Ojca i Syna...”.
Dotknęła dzwonka leciutko, tak że ledwie zabrzęczał. Nikt nie otwierał i nie było słychać z mieszkania żadnego głosu. Zadzwoniła nieśmiało po raz drugi. Coś słychać. Skrzypnęły jakieś drzwi, wreszcie dały się słyszeć posuwiste kroki. Ewcia oparła się ręką o ścianę, bo się nogi pod nią zachwiały. Po długich zmaganiach z drzwiami zabrzęczał łańcuszek ochronny. Ktoś uchylił nieco podwoje i starczy głos zapytał przez szparę:
— Kto tam?
— Do pana Mudrowicza — odrzekł niepewny i dziwnie cienki głos.
Niezwykła jego wysokość musiała zdumieć osobę za drzwiami, zapytała bowiem po chwili zdumienia:
— Panienka? Do pana Mudrowicza?
— Tak, w bardzo ważnej sprawie.
— Pan Mudrowicz chory, nikogo nie przyjmuje.
— Mnie musi przyjąć! — zawołała Ewcia głosem już nieco grubszym. — Zresztą ja coś przyniosłam — dodała szybko, kusząc niewidzialnego czarta.