Ów rozważał coś przez chwilę, po czym rzekł:

— Mogę pójść zapytać...

— Niech pan pójdzie, mój złocieńki! — prosiła Ewcia gorąco.

Tamten musiał po raz pierwszy w życiu usłyszeć tak cudownie pieszczotliwe słowo, bo wydało się Ewci, że poszedł nieco szybciej, niż się zbliżał ku drzwiom.

Po długiej, bardzo długiej chwili powrócił i otworzył drzwi szeroko.

„Raz kozie śmierć!”, pomyślała Ewcia i chwyciła obrazy.

Rozdział siódmy, w którym panna Ewa handluje obrazami, chociaż chciano przypiec jej pięty

Zdawało się jej, że się za nią zatrzasnęły drzwi więzienia — tyle bowiem słychać było przy ich zamykaniu szczęku i brzęku zasuw i łańcuchów — i że jednym, jedynym krokiem przebyła granicę między latem i zimą. Lato było na świecie, na schodach jesień, a tuż za drzwiami zima: chłodna i ciemna. Dziewczynę ogarnęło niemiłe uczucie, że jest odcięta od przyjaznego świata, zalanego w tej chwili słońcem, i że to mieszkanie, do którego weszła, nie ma z jasnością i ze światem nic wspólnego. Wiedziała, że jest w jakimś przedpokoju, do którego żadne światło nie dochodzi, ten bowiem blask mleczno-mętny, co usiłować się przebić przez szybki nad jakimiś drzwiami, był najlichszą i urągliwą imitacją światła, blaskiem udanym, blaskiem pożyczonym. W tej chwili ten ktoś, kto ją wpuścił, przekręcił kontakt i zapalił elektryczną lampkę. Ewcia ujrzała wielkiego starowinę w czarnym, ciężkim i pracowicie zużytym obleczeniu. Przypominał kościelnego sługę, co zapala świece. Twarz miał całkiem poczciwą, we wzroku natomiast — zamarzłą, niebiesko-szklistą obojętność, jak gdyby jakaś nieskończenie trwająca nuda zgasiła w jego oczach wszystkie błyski. Patrzył bez wyrazu, jakby te starcze, niemal porcelanowe oczy były sztuczne. Ani się uśmiechnął, ani się zdziwił, ani najmniejszego nie okazał zainteresowania. Zdaje się, że byłby patrzył tak samo, gdyby zamiast tej dziewczyny wszedł wilk na dwóch nogach albo Murzyn, wkraczający na rękach, głową w dół. Spojrzał bez drgnienia najpierw na osobę, potem na obrazy — i takim ruchem jak gdyby podniesienie ręki kosztowało go wiele trudu, wskazał na drzwi do jakiegoś pokoju.

— Może mi pan pomoże — szepnęła Ewcia nieśmiało.

Ów człowiek, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa dawno już był nieboszczykiem i wstał z grobu jedynie na natarczywy głos dzwonka, znowu spojrzał na nią martwym wzrokiem. I, słowa nie wypowiedziawszy, dotknął ręką kontaktu, jakby chciał jej oznajmić, że jeśli będzie dłużej bawiła się zbędną rozmową, zgasi lampkę, bo szkoda światła. Ewcia, ciężko westchnąwszy, dźwignęła obrazy i uderzeniem kolana otwarła wskazane jej drzwi. Ponieważ pierwszą spotkaną na tej drodze istotą przyjazną był piec, oparła o niego swój ciężar, a że w pokoju, w którym się znalazła, było jasno, gdyż okna wychodziły na ulicę, rozejrzała się szybkim, ciekawym spojrzeniem.