Nie było nikogo. Czym prędzej na palcach podbiegła do okna. Pan Szymbart stał pod latarnią, nieruchomy jak i ona, i wzrokiem sroki, wpatrzonej w kość, spoglądał na dom. Dała mu znak ręką, że jeszcze żyje, na co on w odpowiedzi położył rękę na sercu (co wprawdzie nie było znakiem umówionym, wskazywało jednak zapewne, że sercem jest przy niej albo że wydrze serce z pana Mudrowicza). Ewcia cofnęła się i spłoszonym spojrzeniem objęła miejsce kaźni. Był to pokój niezmiernie długi i wąski, jak zwykle w starych domach. Powałę miał sklepioną. Wyglądał przeraźliwie: zapuszczony, smutny, odrapany, poczerniony nalotem kurzu, upstrzony przez zajadle pracowite, nieprzeliczone pokolenia much. Ktoś posiadający zwyrodniałą i na poły obłędną wyobraźnię mógłby się w tej ponurej, więziennej celi dopatrzyć czegoś takiego, co ma być pracownią. Na te manowce mógłby naprowadzić ciężki stół, rozparty szeroko jak znarowiona kobyła, na którym leżały sterty papierów, gazet i książek.

Aparat telefoniczny pośród tego natłoku makulatury wskazywał, że w strasznym tym pokoju przebywa czasem człowiek żywy. Pod ścianą stała kanapa, kryta ceratą, nabijana żółtymi gwoździami. Przed nią leżał kilim tak wytarty jak pieniądz, jak szablon, jak słowa pośród banalnych najbardziej banalne; mogło się zdawać, że ten, kiedyś zapewne barwny, kawał tkaniny zgasł przed stu laty i przybrał kolor popiołu. W kącie stało żelazne wieszadło, szeroko rozgałęzione, a tak ogromne, że mogłoby udźwignąć kilku równocześnie wisielców. Ściany były puste; na jednej tylko, z lewej stromy okna wisiał z obrazkowego pisma wycięty, kolorowy druk, wyobrażający zielony las, a nad mim dwie fotografie — zdaje się, że tej samej kobiety. Biedna ta kobieta, skazana na dożywotni pobyt w więziennej celi, na jednej fotografii trzymała w ręku wachlarz, a na drugiej oparta była o bambusowy fotelik. O tych to wspaniałościach mówił Ewci Jerzy. Fotografie były spełzłe i wyblakłe, chociaż słońce nie zaglądało tu nigdy. Gdyby nawet mogło zajrzeć przez wysokie okno, cofnęłoby się z niesmakiem, lecz że pokój patrzył na północ, więc oszczędzono słońcu tej udręki.

Ewcia stała cichutko, niedaleko przyjaznego pieca, pogrążonego w zimnej zadumie, jakby chciała pilnować obrazów. Posłyszała jakieś szmery i szepty, dolatujące z pokoju obok, do którego drzwi były zamknięte. Stamtąd zapewne wyjdzie pan Mudrowicz. Czekała tej chwili z wielką trwogą. Oby już wszedł! Zdaje się jednakże, że w tej chwili słucha sprawozdania starego człowieka, co ma w oczach skład niebieskiej porcelany, albo też spogląda chyłkiem przez dziurkę od klucza.

Usłyszawszy głośniejszy szmer, Ewcia posunęła się nieznacznie ku oknu, aby mogła być widziana przez niezłomnego strażnika obozowego, pana Szymbarta. Później, po wejściu Mudrowicza, mogła nie mieć na to czasu. Myślała gorączkowo, jak zacznie mówić i co mu powie? Czy wpaść na niego od razu, jak radził roztropny pan Szymbart, czy — zależnie od przyjęcia — ocyganić go najmilszym uśmiechem i pokorą pełną słodyczy przebić twardą skorupę żółwia? Przybyło jej cokolwiek odwagi na widok żałobnego staruszka, który jej otworzył drzwi; gdyby bowiem jemu pan Mudrowicz polecił uczynienie jej krzywdy, staruszek ów dokonać tego nie zdąży, zaledwie bowiem porusza nogami. Będzie można zawsze uciec.

Na chwilę przestało jej bić serce. Zaczęła nasłuchiwać. Głos jakiś powiedział za drzwiami:

— Zajrzyj tam, czy czego nie kradnie!

Ewci krew uderzyła do wzburzonej głowy.

— Chyba piec ukradnie... — odrzekł głos drugi, smętny jak żałość i jak jesienna szaruga.

Nikt jednak nie wchodził. Widać, że pan Mudrowicz pocieszył się nieznacznie niemożliwością ukradzenia pieca. Mimo ulgi stęknął jednakże dwa razy, co mogło znaczyć, że wdziewa buty, albowiem niezłożona ta czynność połączona jest w podeszłym wieku z niejakim trudem, a liczba postękiwań odpowiada parzystej liczbie butów.

„Zaraz wejdzie...”, pomyślała Ewcia. „Boże, miej mnie w swojej opiece”.