Jeszcze to serdeczne westchnienie nie miało czasu, aby dolecieć do nieba, gdy drzwi otworzyły się z nienaoliwionym piskiem. Ewcia spojrzała i w pierwszej chwili chciała krzyknąć. Mocnym wysiłkiem opanowała się i na jeden moment przymknęła oczy, aby chociaż w ten sposób podzielić przerażenie na raty. W drzwiach stanął człowiek ogromnej postaci, niezwykle chudy. Tak samo w niechlujną czerń przyodziany jak i jego famulus81, chudą wyniosłością przypominał Don Kichota82, który jednak wobec tego człowieka musiał być aniołem piękności. Zjawa we drzwiach mogła się przyśnić. Pan Mudrowicz był potwornie brzydki. Różne bywają rodzaje brzydoty, a ludzie wymyślili sobie na pociechę wątpliwe porzekadło, że mężczyzna, byleby był nieco przystojniejszy od diabła, nie przeraża świata. Ten człowiek był jednak brzydszy od diabła. Brzydota jego była posępna. Na twarz tę nie można było patrzeć bez dreszczu. Zdarza się czasem, że najciemniejszą brzydotę ratuje jakiś ciepły błysk oczu, jakiś poblask uśmiechu albo nawet nalot ciepłego smutku. Na posępnej twarzy pana Mudrowicza nie było choćby śladu bożej łaski. Zdarza się, że przyroda — jak gdyby sama zatrwożona brzydotą swojego tworu — daje mu czasem w formie odszkodowania jakiś drobiazg szczególnie piękny; w ten sposób zdobyła na ten przykład ropucha oczy podobne do klejnotów. Dla tego człowieka przyroda była bezlitosna.
Miał zapewne pod siedemdziesiątkę, lecz trzymał się prosto i głowę nosił z dumą i hardością — zapewne z odwagą rozpaczy. Musiał wiedzieć, że jest potwornie brzydki, więc na widok obcego człowieka nie kulił się, nie chował, nie malał, lecz spoglądał wyzywająco z blaskiem wściekłości w szarych, nielitościwych oczach. Zdawało się, że szuka zaczepki z całym światem; że jest pewny zdumienia i odrazy, więc od razu grozi. Nie mógł jednak ukryć zdziwienia na widok niepozornej istoty z zadartym nosem. Wiedział od swojego cerbera83, że się zjawiła osoba rodzaju damskiego, nie przypuszczał jednak, że w tak niedoskonałej jeszcze i niezupełnie wyrzeźbionej postaci. Spojrzał na nią z góry i zdawać się mogło przez chwilę, że się namyśla, co ma począć. Nie zelżał jednak, lecz zapytał głośno:
— W jakim celu panna mnie nachodzi?
Ku najwyższemu zdumieniu Ewci głos zabrzmiał dziwnie przyjemnie i dźwięcznie. Z postaci takiej powinien wypłynąć ton czarnej barwy, poza tym szorstki jak derka84 na konie i zjeżdżony jak szczotka do podłogi, zaś głos tego dziwacznego starca miał miękkość aksamitu. Ten głos był przeto miłosiernym darem przyrody.
— W bardzo ważnej sprawie! — odrzekła wreszcie i uśmiechnęła się z zakłopotaniem.
— W ważnej sprawie... W ważnej sprawie... — powtórzył brzydki człowiek. — Każdy włóczęga przychodzi zawsze w niezmiernie ważnej sprawie!
Ewcia zwilżyła językiem zaschłe wargi. Powoli wracała jej nieco spłoszona przytomność i odważna dusza, wciąż gotowa do odlotu w jakieś bezpieczne schronienie (doświadczona ludzkość wynalazła je w okolicach pięt), powróciła do swego zwyczajnego siedliska.
W tej chwili wyniosły człowiek uczynił coś dziwnego: położył ciężkie ręce na jej ramionach, pochylił się nad nią i zbliżył swoją potworną twarz do jej twarzy.
— Proszę spojrzeć na mnie! — zawołał jakby z rozpaczą.
Ewcia wbiła wzrok w jego oczy i wytrzymała spojrzenie.