— Nie boisz się mnie, dziewczyno! — powiedział stłumionym głosem.

— Nie! — krzyknęła Ewcia. — Dlaczego mam się bać pana? — dodała po chwili ciszej.

Człowiek ten wydał z siebie głuchy jęk, patrzył na nią długo, długo, potem zdjął ręce z jej ramion.

Przez roztropny rozum Ewci przebiegła błyskawica. „Ten człowiek jest strasznie nieszczęśliwy, bo jest potwornie brzydki! Dlatego pyta, czy go się boję... Ach, to tak?”.

Największy filozof często nie znajdzie prawdy, którą odkryją sprytne i niczym niezamglone oczy dziecka. Ewcia już wiedziała. Już się nie bała tego człowieka. Poczuła dla niego wielką litość, rozumiejąc, że jego złośliwość i twardość są kolcami jeża, broniącego się przed zębami wroga. Ten stary, do murzyńskiego bałwana podobny starzec bronił się w ten dziwaczny sposób przed urąganiem i pośmiewiskiem.

Ewcia uśmiechnęła się z niejakim trudem i rzekła ze zdumiewającym spokojem:

— Czy pan mi pozwoli usiąść?

Myślała, że znowu się na nią rzuci, bo drgnął i podniósł długie ręce. Nie zrobił tego jednak ani nie wypowiedział słowa, lecz zmarszczywszy czoło, jakby w nagłym zamyśleniu, usiadł za stołem i patrzył, co ona uczyni. Ewcia, ufając, że tym sposobem zaprasza i ją do zajęcia wygodnej pozycji, usiadła na ceratowej kanapie, na wprost niego. Patrzyła śmiało, uśmiechając się kącikami ust. Była blada i czuła na czole kropelki potu, wiedziała jednak, że najgorsze minęło. Co jednak będzie dalej? On nie mówił nic, ona nie wiedziała, jak ma zacząć. Wesoła ta scena trwała bardzo długo. Wreszcie on rzekł:

— Pani jest odważna dziewczyna...

— Czemu, proszę pana? — zapytała niewinnie.