— Musisz mi jednak powiedzieć, jak się ów jegomość nazywa.
— Mudrowicz. Stanisław Mudrowicz.
— Co takiego? — zawołał pan Szymbart. — Każ zawracać!
— Czemu? — spytała Ewcia z niepokojem. — Czy pan go zna?
— Wiem o nim dość, by ci oświadczyć uroczyście, że szkoda każdego twego słowa. To ponura osobistość — mówił pan Szymbart powoli, jak gdyby sobie coś przypomniał. — Odludek i człowiek dziwny, któremu, zdaje się, jedyną sprawia przyjemność, jeśli on może komuś innemu zrobić przykrość. Zdaje się, że to jego wyłączne zajęcie. Kiedyś podobno był inny, lecz od wielu lat zamknął się w swojej skorupie i dyszy nienawiścią do całego świata.
— Skąd pan o tym wie?
— Miałem przyjaciela, który był z nim spokrewniony. Wpadł w ruinę, chociaż pan Mudrowicz mógł go uratować jednym kiwnięciem palca. Mój przyjaciel błagał go i prosił...
— Ja mam zrobić to samo. O Boże! On jest też krewnym państwa Zawidzkich.
— Z tego widać, że doprowadzanie do ruiny krewnych jest jego szczególną zaletą. I ty jeszcze masz siłą wetknąć mu te obrazy? Biedna dziewczyno...
— Nie mam innego sposobu. Tak postanowiłam i tak zrobię. To jedyny ratunek dla pani Zawidzkiej, jeśli mi się nie uda wybłagać trochę litości u tego człowieka. Gdyby był inny sposób, wróciłabym natychmiast, ale go nie ma. Wszystko mi jedno, proszę pana! Przecież mnie nie zabije. A może to wszystko nieprawda, co o nim mówią.