Ewcia tak była przejęta straszliwym stanem swojego niespodziewanego pacjenta, że zapomniała o celu swojej śmiałej wyprawy. Rozgadała się szeroko i było jej przyjemnie, że ten potworny wielkolud słucha cierpliwie. On zaś, wysłuchawszy jej traktatu o pożytku golenia brody, począł znowu krążyć wielkimi krokami po swej klatce.

„Znowu go bierze...”, pomyślała Ewcia ze strachem.

Pan Mudrowicz zmarszczył niskie czoło i chodził, chodził. Dziewczyna wodziła za nim spojrzeniem.

Wreszcie przystanął nad nią i jak gdyby żałując wszystkich dotychczasowych słów, rzekł szorstko:

— Proszę mi powiedzieć, po coś tu przyszła?

— W sprawie pani Zawidzkiej! — odpowiedziała dziewczyna jednym tchem.

On zmrużył oczy i jak gdyby się uśmiechnął, ale mniej było widać uśmiech, a więcej zjadliwość.

— Ach, to tak! — powiedział cicho. — A ja, głupi...

— Za pozwoleniem! — krzyknęła niemal Ewcia, czując, że wszystko się wali. — Dałam panu słowo, że nikt o tym nie wie. Pani Zawidzka także nie wie. Niech mi pan pozwoli powiedzieć o wszystkim, na litość boską, niech mi pan pozwoli!

W głosie dziewczyny było tyle gorącego błagania i tak uczciwej prawdy, że w tym człowieku musiało coś zelżeć.