— Gadaj! — rzekł. — Masz dziesięć minut czasu.
Ewcia przymknęła na chwilę oczy, jakby chciała się skupić, i zaczęła mówić — powoli, z namysłem, jasno i treściwie. Opowiedziała wspaniale uproszczonym sposobem swoją historię, wyprawę przez okno i wejście przez drzwi do domu Zawidzkich. O jego telefonie. O rozpaczy i pogoni za pieniędzmi. O szarej twarzy pani Zawidzkiej i o jej nocnych, tajemnych rozmowach z synem.
— Oni — mówiła cicho, lecz dobitnie — nie znajdą tych pieniędzy. Pani Zawidzka zmarnuje się do reszty, bo nie tak dawno była śmiertelnie chora. Nie chcę nawet myśleć o tym, ile tam wyleje się łez. Wtedy pomyślałam sobie tak: „Pan Mudrowicz, bo ja pańskie nazwisko usłyszałam, kiedy pan telefonował, pan Mudrowicz nie chce przecież ludzkiej krzywdy. Ja pogadam z panem Mudrowiczem!”. Znalazła pański adres w książce telefonicznej i przyszłam. Przyszłam pana błagać na kolanach, aby się pan zmiłował. Ja wiem, że to nie moja sprawa i pan Jerzy może mnie stłucze, gdy się o wszystkim dowie, ale mnie wszystko jedno. Mnie mój ojciec tego nauczył, żeby skakać nawet w ogień, jeśli można kogoś ratować. A pani Zawidzka jest najsłodszą kobietą na świecie i tak mnie przygarnęła jak matka... Nic o mnie nie wiedziała, a przytuliła mnie do serca. Czy pan słucha? Co by pan sobie o mnie pomyślał, gdybym opuściła przyjaciół w nieszczęściu? Mógłby pan powiedzieć, że jestem zwyczajna małpa. Oto dlaczego tu jestem!
Przerwała na króciutką chwilę, aby nabrać oddechu.
— I będę pana tak długo prosiła, aż się pan ulituje. Może pan robić, jakie chce, miny, ale mnie to nie przerazi. Ja wiem, że pan jest dobry i że pan tylko udaje takiego, co jest niby zły. Tak jak z tym pogrzebaczem, którym pan chciał przypalić uczciwą dziewczynę. No i gdzie ten straszny pogrzebacz? Aha! Ja pana już dobrze znam. Przede mną nic się nie ukryje... I to wiem, że skoro pana z całego serca poproszę, to pan odwlecze termin tego płacenia. Chociażby do jesieni, bo jakże w lecie pani Zawidzka znajdzie pieniądze? Ale ja mam na wszelki wypadek inny jeszcze sposób. Proszę pana, zróbmy interes! Dla pana będzie to nawet złoty interes. Czy pan słucha?
Pan Mudrowicz nie odpowiedział. Nie przeczył, przeto słuchał.
— Otóż historia jest taka: pan Jerzy chciał sprzedać prześliczne obrazy, aby zdobyć dla pana pieniądze, ale nie mógł tego uczynić w pośpiechu i w wyludnionym mieście. Wtedy ja mu powiedziałam, że ja spróbuję je sprzedać. Wzięłam dwa najpiękniejsze i przywlokłam je tu do pana. Tam, pod piecem, niech pan spojrzy! Tam stoją te obrazy. Teraz dopiero widzę, że to była wprost świetna myśl! Powiadam panu, że skoro je tu powiesimy, w tym smutnym pokoju, będzie cudo! Od razu rozjaśni się wszystko i rozweseli. Oczu pan nie będzie mógł oderwać od tych płócien. Przecież obraz to jest cudowna rzecz! Niech pan chwilę poczeka...
Poskoczyła w stronę sympatycznego pieca i ciężko stęknąwszy, przywlokła obrazy w okolicę niesympatycznej kanapy. Rozwikłała gorączkowo sznurki i po chwili ustawiła obydwa płótna na kanapie, na wprost milczącego starego człowieka. Była cała w ogniach i w rumieńcach. Ręce jej drżały i głos, kiedy zaczęła mówić gorąco:
— Niech pan tylko spojrzy! Widział pan kiedy coś równie pięknego? Ta brzoza tak się srebrzy, że aż strach... Śliczna brzoza! Czuje pan, jak wiosna pachnie? A teraz ten... Ta dziewczyna patrzy w niebo. Ja nie wiem, co jej jest, że taka smutna, ale Pan Bóg ją pocieszy... Płakać się chce na widok jej spojrzenia... Widzi pan?! To naprawdę wspaniałe. O, jak się jasno zrobiło w tym pokoju. Czy panu nie zrobiło się jaśniej na duszy? Proszę pana! Nie ma o czym gadać! Te obrazy tutaj pozostaną. Niech pan tylko spojrzy: złocone ramy! Ten będzie wisiał nad kanapą, a ten drugi nad stołem. Ten las drukowany pan wyrzuci albo da Pawłowi na imieniny, a te fotografie... Zaraz, zaraz. Fotografie tej smutnej pani oprawi pan w piękne ramki i postawi na stole. Więc co, proszę pana, zrobione? Radzę panu uczciwie, niech pan nie wypuszcza z ręki takiej okazji. Pan jest nie tylko dobrym, pan jest z pewnością i mądrym człowiekiem! Zrobimy tak: pan weźmie te obrazy za dwa tysiące złotych, które pani Zawidzka ma panu zapłacić za trzy dni. Panie, kochany, drogi panie! Złoty mój, mój jedyny! Niech pan tak srogo nie patrzy... Mnie się płakać chce... O, Jezus Maria! I dobrych ludzi pan poratuje, i mnie zrobi pan niezmierną przyjemność... Niech się pan zgodzi... Będę pana bardzo, bardzo kochała.
Pan Mudrowicz raz jeden spojrzał na obrazy, ale nie zdejmował wzroku z Ewci. Słuchał wspaniałego przemówienia uważnie, oparłszy głowę na rękach, wciąż w nią wpatrzony; jak gdyby się zdumiał, że z tak niepozornego stworzenia może się wydostać tyle słów, z których każde podobne było do rozżarzonego węgla. Raz jeden przymknął oczy, kiedy go Ewcia nazwała „kochanym, drogim panem”, ale znów je otworzył, jak gdyby nie chciał niczego utracić z widoku wiercącej się, podrygującej, machającej rękami, zarumienionej, z błyszczącymi oczami pannicy. A ona po ostatnich słowach, nagle znużona, do cna wyczerpana, usiadła na kanapie tak, że za nią srebrzyła się śliczna brzoza. Czuła zamęt w głowie i burzę w sercu. Uczyniła wszystko, co było w jej mocy, a teraz to już chyba umrze. Ten straszliwy człowiek pozwolił jej mówić przez pół godziny, a teraz patrzy, patrzy, wciąż patrzy. Coś w sobie waży, nad czymś rozmyśla. Ale Ewcia czuje, że już nie wypowie do niego ani jednego słowa, bo wygrzebała wszystkie, do ostatniego, z samego dna serca. Jeżeli ten człowiek każe jej odejść, odejdzie jak zbity pies. I już chyba na wieki wieków straci wiarę w ludzi i w serce człowieka. Gdyby ten człowiek powiedział chociażby jedno, jedyne słowo, nawet najgorsze, ale niech je powie! On jednak milczy posępnym milczeniem.