Wreszcie drgnął.
Ruchem ręki odsunął leżące na stole rupiecie, znalazł czystą kartkę papieru i zaczął na niej coś pisać szybko, bardzo szybko. Podniósł się potem powoli, zbliżył się do Ewci, raz jeszcze zajrzał jej w oczy i powiedział cicho:
— Weź to, moje dziecko...
Ewcia przeczytała łakomym okiem i krzyknęła. On chciał się cofnąć, jakby zalękły, lecz dziewczyna chwyciła jego rękę i ucałowała ją gorąco.
Stary, brzydki człowiek jęknął, wyrwał dłoń i zaczął się jej przyglądać z takim zdumieniem, jak gdyby tę własną rękę ujrzał po raz pierwszy w życiu.
Rozdział ósmy, w którym przędzie się radość i pachną róże
Mieszkańcy miasta stołecznego Warszawy patrzyli z uśmiechniętym zdziwieniem na istotę rodzaju żeńskiego, obdarzoną niepospolitym wdziękiem osobistym i noskiem z lekka zadartym, idącą szybko, lecz w sposób osobliwy. Istota bowiem szła krokiem tanecznym, od czasu do czasu zręcznie podrygując. Mniej więcej w odstępach pięciominutowych wydawała okrzyk i śmiała się w głos szczęśliwym śmiechem. Ponieważ trudno było przypuścić, by istota ta, w wieku lat szesnastu, a do tego w biały dzień, uległa zamroczeniu wskutek spożycia nadmiernej ilości napojów alkoholowych, niektórzy przechodnie myśleli, że dziewica ma zajączki w młodej głowie. Nikt jednakże nie wpadł na najprostsze rozwiązanie — że Ewcia Tyszowska jest w tej chwili osobą najszczęśliwszą w Europie środkowej. Należy bowiem zauważyć, że ludzkość na widok człowieka, od którego bije radość jak żar z żelaznego pieca, szuka przede wszystkim mętnych i podejrzanych powodów tej radości.
Ewcia nic sobie nie robiła ze zdziwionych spojrzeń, bo nic na świecie nie obchodziło jej w tej chwili. Świat nie zając, nie ucieknie przeto ze swoimi zaśniedziałymi sprawami. Zająca przypomina raczej wielkie szczęście, mające naturę płochliwą i skłonną do ucieczki. Dlatego Ewcia ściskała kurczowo torebkę, bo w niej ukryta była biała karteczka, a na tej karteczce... O Boże! Gdyby tę śmieszną dziewczynę spotkało wielkie szczęście na jej własny rachunek, nie cieszyłaby się nawet w drobnej części tak, jak się radowała tym, które niesie w torebce dla dobrych i kochanych ludzi.
Ewcia ni stąd, ni zowąd wybuchnęła głośnym śmiechem — tak serdecznym, że gruby jakowyś pan, który się o nią otarł, odskoczył jak oparzony i spojrzał na nią niezmiernie dotknięty.
— Przepraszam! — zawołała Ewcia. — To nie z pana! Tylko że mi jest strasznie wesoło.