— Dzięki Bogu — mruknął człowiek, który przypominał beczkę.
A Ewci zrobiło się niezwykle wesoło, bo sobie pomyślała: „Jureczek, niebożątko długonogie, zleci z krzesła... Słowo daję, że zleci z krzesła!”.
Biegła szybko do tramwaju, aby jak najprędzej ujrzeć tę wyborną sztukę. Zresztą była tak głodna, że aż ją mdliło. Jest bowiem sprawą tajemniczą i godną uwagi największych myślicieli, że wielkie wzruszenia — zarówno bolesne, jak i radosne — zawsze przede wszystkim nastają na organ tak pospolity jak żołądek i namawiają go do buntu. Całe szczęście, że zbliżała się godzina obiadowa. Ewcia zauważyła teraz dopiero, że spędziła na dziwnej rozmowie z panem Mudrowiczem niemal cztery godziny.
— Co oni sobie, niebożątka, pomyślą, nie zastawszy mnie w domu? A ten bałwan, tramwaj, wlecze się jak Paweł u pana Mudrowicza — gadała sama do siebie.
Pani Zawidzka i Jerzy istotnie byli zaniepokojeni i zdumieni, dowiedziawszy się od kucharki, że Ewcia zabrała dwa wielkie obrazy i odjechała autem z jakimś panem.
— Co to był za pan? — pytał natarczywie Jerzy.
Dobra kobieta nie umiała na to odpowiedzieć, zauważyła jedynie przez kuchenne okno, że jakiś taki „przygłupek” i że się dwa razy złapał rękami za głowę.
— Po co ona wzięła obrazy? I jakie obrazy? — pytała syna pani Zawidzka. — Czy wiesz coś o tym?
— Nic nie wiem. Zwariowana dziewczyna... Pytała mnie, czy może sprzedać obrazy, skoro przyjdzie ktoś, co by je chciał kupić. Powiedziałem oczywiście, że może, bo i kto miał przyjść?
— Więc Ewcia wiedziała o wszystkim?