— Niestety! — odrzekł Jerzy. — Cokolwiek wywnioskowała sama, a ja powiedziałem jej resztę. Nie przypuszczałem jednak nigdy, że urządzi jakąś awanturę z obrazami.

— To złota dziewczyna — rzekła pani Zawidzka w zamyśleniu. — Namęczy się tylko jak i my.

— Nie tylko się namęczy, ale ją jeszcze do tego stłukę! Jak mi Bóg miły, że z niej zrobię kwaśną marmoladę!

— Nie trzeba jej było niczego mówić. To byłoby rozsądniejsze.

Zaskrzypiała furtka i szybkie kroki słychać było na ścieżce.

— Teraz jej dam bobu! — mruknął Jerzy. — A, jesteś, smarkulo! Gdzie byłaś? Prosiłem cię, abyś pilnowała telefonu, a panienka lata jak kot z pęcherzem! Gdzie obrazy?

Ewcia, która stanęła w progu rozpromieniona i jeszcze dysząca po szybkim biegu, zgasła nagle jak świeca. Chciała coś powiedzieć, ale się powstrzymała. Spojrzała na Jerzego z nagłym, rozżalonym smutkiem. Potem powoli zwróciła się do pani Zawidzkiej i powiedziała cicho:

— Bardzo panią przepraszam...

— Czekamy z obiadem — bąknął Jerzy. — Potem pogadamy.

— Dobrze — szepnęła Ewcia.