— Co to? Co się mamie stało? — krzyknął Jerzy. — Co ten brzdąc znowu zmalował?
Pani Zawidzka była przeraźliwie blada i ręce jej drżały. Nie miała nawet tyle siły, by podać kartkę synowi, więc on wyjął ją z jej ręki i czytał półgłosem:
— „Oświadczam, że w dniu dzisiejszym otrzymałem od pani Klementyny Zawidzkiej dwa obrazy i równowartość ich, w wysokości dwóch tysięcy złotych, odpisuję od należnej mi sumy. Zawiadamiam równocześnie, że reszta długu, w sumie ośmiu tysięcy złotych, może być w dowolnych ratach spłacona w ciągu lat trzech. Tym samym termin poprzednio ustalony został unieważniony. W Warszawie, 27 czerwca 1938 roku, Stanisław Mudrowicz”.
Jerzy chciał się zerwać z krzesła, lecz uczynił to tak gwałtownie, że wywalił się na ziemię z niezmiernym hałasem.
— Bóg jest sprawiedliwy! — krzyknęła Ewcia i zaczęła się śmiać tak, że kucharka otworzyła drzwi od kuchni, a Rolmops rozpoczął ujadanie.
Nagle wszystko ucichło, bo dał się słyszeć szloch pani Zawidzkiej — zabiedzonej, znużonej, śmiertelnie wyczerpanej, nagle ponad ludzką miarę szczęśliwej.
Ewcia, przestraszona, przypadła do niej, uklękła i zaczęła ją całować po rękach.
— Niech się pani uspokoi... Moja złocieńka... Moja najdroższa... Niech się pani uspokoi...
— O, dziecko jedyne! — zdołała wyszeptać pani Zawidzka i gładziła ją po głowie.
Powoli pomiędzy łzy czyste, rzęsiste zaczął się wciskać złoty, szczęśliwy śmiech. Popłynęło jeszcze około siedemdziesięciu siedmiu kropel (czterdzieści cztery pani Zawidzkiej i trzydzieści trzy, jak obszył, panny Ewy Tyszowskiej) i już tylko ciche łkanie, ale suche, wstrząsało piersią szczęśliwej kobiety. Ewcia dawno się śmiała, nieludzko rozradowana. Obie damy nie mogły jeszcze dobyć głosu, więc się tylko tuliły, obejmowały i całowały jedna drugą. Żadna nie chciała skończyć, żadna bowiem nie chciała zostać drugiej dłużna.