— Och, ty, ty — jąkała treściwie pani Zawidzka, słusznie mniemając, że nie ma w bogatej mowie polskiej godnego Ewci nazwania.

Wyborny ten wykrzyknik stał się znamienitą sposobnością do nowych pocałunków. Wreszcie pani Zawidzka zwołała rozproszone w gorączce słowa i rzekła:

— Pan Bóg cię do nas przysłał!

— Ale ja ją przyprowadziłem — powiedział dość nieśmiało Jerzy.

Ewcia zerwała się na równe nogi, bo ze względu na prawidłową budowę ciała trudno jej było wstać inaczej. Oczy się jej zaiskrzyły i rumieniec o mocnej czerwieni świeżej polędwicy zalał jej twarzyczkę.

— Proszę pani! — zawołała. — Niech pani powie temu panu, który rzuca widelcami, żeby nie mówił ani o mnie, ani do mnie!

— Jerzy, słyszałeś? — śmiała się już głośno pani Zawidzka.

— Słyszałem — odrzekł Jerzy głosem czarnym jak najczarniejsza smoła. — Niech mama powie tej pani, że jeśli mi natychmiast nie przebaczy, tym samym widelcem przebiję sobie serce!

— Ewuniu! Czy pragniesz śmierci tego złego człowieka?

— Śmierci nie — odrzekła Ewa z głuchą boleścią — Ale niech się ukorzy, bo jeżeli tego nie uczyni...