Długonogi nie dał jej dokończyć, lecz rzucił się jak tygrys, chwycił ją w ramiona i podniósłszy wysoko, zaczął tańczyć z tym ciężarem. Ewcia wczepiła palce w jego buszmeńską czuprynę jak topielec i wrzeszczała wniebogłosy. A on nic! Tańczył posuwiście dokoła stołu, ze śmiertelną powagą.
— Proszę mnie puścić! — krzyknęła Ewcia.
— Przebacz, a puszczę!
— Dobrze, dobrze! — piszczała Ewcia.
Wtedy dopiero postawił ją na podłodze i krzyknął:
— Matko! Każ podać szampana! Nie ma szampana? Więc każ dać jakiś sok, bo ja muszę z tą kobietą wypić bruderszaft. Prędko, bo znowu zacznę tańczyć!
Pani Zawidzka, jak gdyby odmłodniała, przyniosła jakiś czerwony napój, nalała do szklanek i rzekła:
— Ewciu, uczyń ten zaszczyt mojemu straszliwemu synowi!
— Mogę — odrzekła Ewcia. — Ale jeżeli ta osoba myśli....
— Osoba nic nie myśli, osoba cię uwielbia! — krzyknął Jerzy.