Spełnili uroczysty obrzęd ku niesłychanej radości pani Zawidzkiej i ku czerwonemu jak krew zdumieniu Ewci, gdyż Jerzy z nagła ucałował ją w obydwa policzki.
— Inaczej nie byłoby ważne! — zawołał. — A za to, drogi małpiszonie...
— Proszę pani, on znowu zaczyna!
— A za to jutro zacznę malować twój portret!
Ewcia znowu pokraśniała i oczy jej się zaśmiały.
— Naprawdę?
— Jak mamę kocham! Nawet nos zrobię ci elegancko... Niech mama uważa, bo ona chce rzucić we mnie czymś ciężkim, a może trafić w moją nieszczęśliwą matkę. Ewuniu! Uwielbiam cię, kocham cię, szaleję za tobą! Jesteś wielka, wspaniała i wzniosła! Niewart jestem zawiązać rzemyka u twoich sandałów! Za to, żeś mi tę oto matkę rodzoną pocieszyła, żeś zwyciężyła potwora...
— Pan Mudrowicz nie jest wcale potworem, pan Mudrowicz jest zacnym człowiekiem — rzekła Ewcia gwałtownie.
— A ze mną gadać nie chciał!
— Wobec tego jest i mądrym człowiekiem. Pan Mudrowicz nie zadaje się z byle kim, ale gdy zobaczył wytworną damę, rozumną i pełną dystynkcji, od razu zmiękł.