— Dlatego pan nie mógłby z nim rozmawiać!
— Przede wszystkim nie „pan”, tylko „ty”, a następnie...
— Następnie wylecisz za drzwi — rzekła pani Zawidzka. — Dajże jej mówić! I co dalej, Ewuniu?
— Dalej było wszystko dobrze. Pan Mudrowicz jest, moim zdaniem, bardzo nieszczęśliwym człowiekiem, którego coś gryzie. Nie wiem co, ale myślę, że samotność. Mieszka strasznie, odziany jest okropnie, bardzo... Bardzo jest brzydki... Wolę jednak brzydkiego człowieka, który ma duszę, niż przystojnego amanta, któremu się zdaje, że mu wolno całować uczciwe dziewczęta.
— Słyszy mama? To było o mnie!
— Cicho bądź, bo każę przynieść rozpalone żelazo — zaśmiała się pani Zawidzka. — Długoście gadali?
— Bardzo długo. To znaczy ja wciąż gadałam, a pan Mudrowicz słuchał. Zdaje mi się, że czasem chciał wybuchnąć, ale wtedy mi się zbierało na płacz...
— Krokodyl też płacze — szepnął Jerzy.
— Wszystko mu opowiedziałam — mówiła Ewcia, nie zwracając uwagi na krokodyla. — Bardzo się nam przyjemnie rozmawiało. Wreszcie jednak przyszła straszna chwila. Naprawdę straszna...
— O Boże, co się stało? — zapytała z niepokojem pani Zawidzka.