— Ach, ty żmijo nakrapiana! — wrzasnął Jerzy i skoczył ku niej.
Ewcia zaśmiała się głośno; rzuciła się ku oknu, a on za nią. Dziewczyna, zwinna jak wiewiórka, wyskoczyła przez okno do ogrodu, a długonogi najpierw przerzucił przez ramę okna długie nogi, potem wyskoczył w okazałej całości i począł ją gonić po ścieżce.
— Ratunku, bandyta! — krzyczała Ewcia, uciekając.
Coś się jednak musiało stać, bo Jerzy zatrzymał się nagle i ogłupiałym wzrokiem patrzył w inną stronę. Ewcia spojrzała i też przystanęła. W oknie sąsiedniego domu ukazała się jakaś bardzo piękna panienka i słusznie rozumując, że potężny dryblas usiłuje zabić uciekającą dziewczynkę, zawołała rozdzierającym głosem:
— Tatusiu, na pomoc! To rzezimieszek... O ten... Ten...
Spoza panienki ukazała się potężna głowa — sądząc po wspaniałych wąsach, męskiego rodzaju.
— Ej, panie, panie! — krzyknęła głowa zsiadłym basem. — Czemu pan prześladuje to dziecko?
Jerzy po raz pierwszy od lat dwudziestu kilku zapomniał języka w gębie i stał jakby namalowany przez samego siebie. Z rozpaczą spojrzał na Ewcię, jak gdyby szukając u niej ratunku. Wtedy ona zwróciła się do zsiadłego basa i zawołała wesoło:
— My się tylko tak bawimy, proszę pana. Przepraszam, żeśmy państwa zaniepokoili... Jurek, przeproś panią!
Jerzy spojrzał na piękną panienkę i rzekł: