— A ja ugryzę cię w ramię. Mówię ci, rzuć jej różę! Patrz, jaka ona śliczna... Nie taka śliczna jak ja, ale prawie. Nie szczyp mnie, bo ci podstawię nogę!
W tej chwili wyrwała mu się z ramion, podbiegła do różanego krzewu, zerwała purpurową różę i zawołała:
— Niech pani łapie! To od tego pan z przeprosinami za awanturę.
Róża poleciała w stronę okna, a panienka chwyciła ją w locie.
— Bardzo, bardzo dziękuję! — zawołała, mocno zarumieniona, i prędko cofnęła się w głąb pokoju.
— Ty diable! — mówił cicho Jerzy.
— Zwracam panu uwagę, że pan przemawia do damy! Ach, jaki galant!
— Po coś to zrobiła? Co sobie ta pani pomyśli?
— Ja wiem, że pan by rzucił w kobietę nie różą, tylko cegłą albo kamieniem. Malarz! Jeszcze nie pił wina, a już wszczyna awanturę... O, ja nieszczęśliwa!
— Będziesz płakać? — zapytał niespokojnie.