— Będę, jeśli mi się zechce. Słyszy pan?
— Przede wszystkim nie mów do mnie „pan”... I nie płacz!
— A właśnie, że będę, bo ta panienka stoi za firanką i patrzy...
Panienka bynajmniej nie stała za firanką, ale Jerzy spojrzał ze strachem i uciekł.
Zjawił się dopiero na kolację i przyniósł dwie róże: jedną wręczył uroczyście matce, a drugą z zakłopotaniem Ewci, która uśmiechnęła się jednym okiem tkliwie, a drugim szelmowsko. Jerzy usiadł z powagą, ale oczy mu się śmiały. Wszystkim było wesoło i jasno na duszy. Gdy rozlano wino w kieliszki, Jerzy chrząknął i podniósł się.
— Czcigodna matko i ty szlachetna, wielkiego rodu dziewico! — prawił — Kiedy przed kilku dniami o godzinie szóstej rano goniłem po ulicach prastarej stolicy naszej pewnego brzdąca, nie przypuszczałem przenigdy, że gonię istotę szlachetną i wzniosłą. Trudno to było poznać po zadartym nosie i po chudych pedałach93...
— Oho! — zawołała Ewcia.
— I chudych pedałach, powtarzam! Natchnienie jednak, które jest znamieniem istot nadprzyrodzonych, wielkich poetów i wielkich malarzy, podszepnęło mi, że to rajski ptak, którego należy złapać za ogon, aby nie uciekł. Proszę mi nie przeszkadzać, bo jestem w transie! Schwytałem go i tutaj przywiodłem. I oto tej istocie, która tylko na pozór cierpi na rodzaj kręćka, zawdzięczamy, o, matko moja rodzona, te szczęsne chwile, ten nastrój niezmiernej radości, te kurczęta i te szparagi, i to wino... Bez niej bowiem, przyznaj to, matko wielkiego malarza, ujrzałbym raczej własne ucho niźli te szparagi i to wyborne wino po dwanaście złotych za butelkę. Ta dziewica, u której stóp złożyłem przed chwilą najwspanialsze kwiaty z naszych niezmiernych włości, sprawiła, że źli stali się dobrymi, a smutni się weselą. Wznieśmy przeto kryształowe puchary! Panowie, panie! Na cześć tej, co się zowie Ewa i ma buzię jak cholewa, ale serce wielkie, złote, kryształowe i pełne słodyczy. Matko! Unieś z krzesła swoją dostojność i wypij... Masz babo placek! A ta beczy!
Ewcia płakała, śmiejąc się równocześnie. Rozpoczęła się dnia tego po raz drugi seria uścisków i pocałunków.
— Kiedy ja przemawiam — wołał Jerzy — zawsze wszyscy płaczą! Co, jeszcze wina? — zdumiał się, widząc, że Ewcia podstawia swój kieliszek.