— Kanonik? Najgłówniejszy! — zdumiała się pani Zawidzka.
— Pan Szymbart! — krzyknęła Ewcia radośnie. — Przyszedł się dowiedzieć...
— Ale dlaczego pyta o kanonika?
— Ach, bo to cała historia, potem ją opowiem. Niech Honorcia powie, że mieszka tu kanonik.
— Dzieciom nie należy dawać wina! — mruknął Jerzy.
A pan Szymbart wszedł — rozpromieniony jak gwiazda wieczorna.
Rozdział dziewiąty, w którym Ewcia rzuca butem i zapowiada, że stanie na głowie
Pani Zawidzka siedziała przy otwartym oknie, dziergając jakąś koroneczkę, i spoglądała czasem na syna, malującego w ogródku portret Ewci. Model tkwił, piekielnie znudzony, w trzcinowym fotelu. Apelles94 zaś, ćmiąc fajeczkę, którą mu wolno było zatruwać powietrze jedyne w przyzwoitej odległości od siedzib ludzkich, ustawił sztalugi na trawniku i przedziwne wyprawiał awantury. Zbliżał się do obrazu, odskakiwał i przechyliwszy głowę, patrzył zmrużonymi oczami; potem wpatrywał się długo, bardzo długo w twarzyczkę Ewci, jak gdyby chciał ją sobie zapamiętać na wieki wieków i znalazłszy w jej wyrazie coś, czego długo szukał, zaczynał gwałtownie jeździć pędzlem po płótnie. Serdecznie z tego zadowolony albo śmiał się głośno, albo gwizdał, albo cicho sobie podśpiewywał. W pewnej chwili straszliwie znudzona Ewcia zaczęła słuchać pilnie, albowiem malujący ją dryblas zanucił bezecnie:
— „Malowałem ludzi, malowałem brzozy, alem nie malował dotąd takiej kozy, oj dana!”.
Jeszcze nie przebrzmiały ostatnie dźwięki skocznego krakowiaka, a już spotwarzona Ewcia zerwała but z lewej nogi i cisnęła go wspaniałym rzutem w dorodną postać.