— Ona tak zawsze... Czy mama nie zna Ewci?
W tej chwili w głębi domu zadzwonił telefon. Pani Zawidzka podniosła się i kręcąc głową, udała się do środka. Ewcia, korzystając ze szczęśliwie nadarzającej się przerwy, podskoczyła do muru i zawołała zduszonym głosem:
— Proszę pani, proszę pani!
Panienka ukazała się w oknie.
— Niech mi pani prędko rzuci but... Oj, prędko... A za szybę zapłaci ten dryblas... Dziękuję!
Po raz trzeci Jerzy zamienił się w słup soli i spojrzał na Ewcię jak morderca, który obmyśla dla niej rodzaj najokrutniejszej, siedmiokrotnej śmierci. Musiał jednak odłożyć na czas niejaki straszliwe zamysły, gdyż pani Zawidzka zawołała z okna dziwnie poruszonym głosem:
— Ewuniu! Prędko do telefonu...
Ewcia pobiegła, zdumiona. Po chwili słychać było nawet w ogródku jej pisk w nieprzyzwoicie wysokiej tonacji:
— O, jakże się cieszę, proszę pana... Aha! Świetnie... A pan? Doskonale! Kiedy? — Dłuższa chwila słuchania. — W niedzielę? Oczywiście! Po południu... Pójdziemy ma lody! Musimy pójść... Mowy nie ma, mój złocieńki... — Pisk ustał na czas dłuższy. — Prawda, że śliczne? Nie mówiłam? Dobrze, dobrze... Dziękuję... Z wszelką pewnością... Murowane! Do widzenia, do widzenia!
Powróciła z wypiekami na twarzy.