— Pan Mudrowicz! — ogłosiła zwycięsko.

— Poznałam go po głosie — mówiła pani Zawidzka. — To zdumiewające.

— Prosił, żeby panią pozdrowić... Zaprosił mnie na niedzielę po obiedzie...

— Pójdziesz? — zapytał Jerzy.

— Oczywiście, dlaczego nie miałabym pójść? Powiadam wam, że go jeszcze pogodzę z całym światem! A tym skwapliwiej go odwiedzę, że coś się temu biedakowi porobiło z oczami. Zdaje się, że traci wzrok...

— Mówił ci o tym? — zapytał Jerzy.

— Tego mi nie mówił... Powiedział mi tylko, że im więcej przygląda się twoim obrazom, tym więcej mu się podobają...

— Ja jednak zabiję tę poczwarę! — krzyknął Jerzy. — Niech jej mama nie zasłania, bo przecież to niesłychane, ile ja cierpię przez tego bąka.

Pani Zawidzka nie zwróciła jednak uwagi na to, że w najbliższym czasie będzie matką mordercy, gdyż zapomniawszy i o szybie, i o dziwnej panience, co się w oknie ukazuje z butem w ręce, bardzo głęboko się zamyśliła.

— Chodź, Ewciu — rzekła po chwili — mam ci coś do powiedzenia.