— Jerzy! — zawołała Ewcia, odchodząc — zaczekaj na mnie w ogrodzie, bo ja ci też mam coś do powiedzenia.

— Dobrze, tylko pójdę przedtem po truciznę na szczury.

Pani Zawidzka zamknęła się z Ewcią w swoim pokoju i przez dłuższy czas tajemnie nad czymś radziły. Dziewczyna musiała być niezwykle z tej narady zadowolona, gdyż wyszła bardzo przejęta i uśmiechała się sama do siebie.

Odnalazła swego śmiertelnego i najmilszego wroga w pracowni, lecz nie weszła tam od razu, zbójca ten bowiem mógł albo zwyczajem wielu malarskich pracowni umieścić nad drzwiami kubeł z wodą, albo też stanąć w ukryciu z pędzlem, umoczonym w czarnej farbie i przejechać nim po niezwykle inteligentnej jej twarzy.

— Jureczku — mówiła zza drzwi tonem słodko przyjaznym — nie rób awantur, bo mama się położyła. Otwórz drzwi!

— Otwórz sama, diable wenecki97!

— Kiedy się boję, Jureczku... A muszę z tobą pomówić!

— Napisz podanie, bo ja nie gadam z byle kim!

Ewcia na wszelki wypadek otworzyła drzwi nogą, sama zaś cofnęła się przezornie. Ponieważ nic nie zleciało z góry, a Jurek siedział na dole na pace po mydle, więc weszła ostrożnie.

— Słuchaj, Jureczku — rzekła ona — musimy się naradzić, co zrobić z tą szybą.