— Ja wcale nie jestem śliczna... To obrazek jest śliczny! — wołała z zapałem panienka, z której oczu można było zrobić tort orzechowy.

I nie wiadomo właściwie, dlaczego rzuciła się Ewci na szyję, jak gdyby to ona namalowała to cudo.

— Boże drogi, jacy wy jesteście dobrzy! — mówiła, ściskając Ewcię i patrząc na Jerzego, który zauważył, że słońce wyrabia przedziwne cudy z płowymi jej włosami, że panienka ma głos podlany złocistym miodem i niezwykłej piękności ręce.

Ewcia oświadczyła z głęboką powagą, że ona sama jest straszliwym drapichrustem i jedynie zbawienne rady pana malarza kierują jej duszę na spokojne wody.

(Jerzy słuchał ze śmiertelnym zdumieniem).

— To ja rzuciłam butem, bo mi się zdawało, że jakiś dziki kot chce porwać wróbla.

(Jerzy zakwilił cicho jak ptaszyna polna).

— Więc pan Jerzy kazał mu tu przyjść i przeprosić panią jak najserdeczniej...

(Jerzy dotknął ręką czoła, badając, czy pięć klepek głowy trzyma się kupy).

— To cudownie, to cudownie! — mówiła panienka. — Czy ja mogłam spodziewać się kiedykolwiek, że poznam tak sławnego i tak znakomitego człowieka...