— Tak mówiła? — rzekł Jerzy cichutko.
— A ty, biedactwo, nie słyszałeś?
Jerzy nie odrzekł nic, bo się zadumał. Potem, wzruszywszy ramionami, poszedł do pracowni — zapewne po to, by ukoić wzburzoną duszę.
„Co by on zrobił beze mnie!”, pomyślała Ewcia. „Wszystko na mojej głowie...”.
Wesołe awantury z wesołym Jerzym były pierwszorzędną zabawą. Jerzy, malarz istotnie znakomity, obdarzony talentem zdumiewającym, miał w sobie tyle chłopięcej, niefrasobliwej pustoty, że Ewci się wydawało, jakby znali się od stu siedmiu lat. Roztkliwiała ją jego wzruszająca miłość do matki, uwielbiała jego obrazy, nic sobie natomiast nie robiła z jego powagi. Wiedziała od dawna w chytrym rozumie, że Jerzy za nią przepada; od czasu zaś świetnej wyprawy do pana Mudrowicza skoczyłby za nią w ogień. I wiedziała też z wszelką pewnością o tym, że w tym wesołym malarzu tkwi serce niewypowiedzianie dobre, którym by się podzielił bez wahania z każdym cierpieniem i z każdą rozpaczą. Prostota zaś i ufność tego serca były tak wielkie, że wesołego malarza można by snadnie za niewielkie pieniądze sprzedać do Egiptu, on by zaś zauważył to szachrajstwo dopiero po przybyciu na miejsce. Na szczęście Jerzy nie miał braci, potrzebujących gwałtownie pieniędzy100.
Wybuchnęła śmiechem, przypomniawszy sobie jego pogańskie miny podczas odwiedzin u panienki z sąsiedniego domu i jego słowa, gdy ofiarując jej obrazek, powtórzył dokładnie zdanie wedle przepisu Ewci. Było to dość zdumiewające, biorąc pod uwagę znakomite jego wygadanie — skoro bowiem dosiadł bachmata101 wymowy, musiał gnać na nim na złamanie karku.
„Coś mu padło na rozum!”, pomyślała Ewcia ze śmiechem. „Ale teraz temu też...”, dodała szybko, widząc z ogródka, że jakiś młody człowiek, stojący przed bramą, wyprawia dziwne historie.
Był to bardzo wyrośnięty młodzieniec lat około dziewiętnastu, z płową czupryną niczym nieprzykrytą, choć słońce paliło niemiłosiernie. Sprawiał wrażenie bardzo zabiedzonego, odziany zaś był tak smętnie, że jako strach na wróble dostałby od razu zajęcie u każdego kmiotka. Twarz miał jasną i spojrzenie tak pogodne, jak gdyby nigdy nie widział deszczu, chmur i nocy. Stał przed bramą od dłuższego czasu i już ze dwadzieścia razy skierował palec ku dzwonkowi przy bramie i tyleż razy go cofnął, jak gdyby guzik dzwonka rozpalony był do czerwoności; a wreszcie, żeby sobie dodać odwagi, przeżegnał się i wyciągnął rękę z takim strachem na sympatycznej fizjonomii, że Ewcia zawołała:
— Zaraz panu otworzę!
Młodzieniec spojrzał i chciał w pierwszej chwili uciec, bo zachwiał się na piętach. Zarumienił się, ujrzawszy Ewcię tuż przed sobą, i prawą nogę dzielnym ruchem przesunął do lewej, co miało oznaczać, że się nisko kłania.