Pogodny Rogalik uśmiechnął się pięknym uśmiechem i rzecz prosta — ukłonił się.

— Nie szkodzi! — rzekł wesoło. — Proszę pani... Może ja tu w ogródku poczekam na pana Zawidzkiego. Och, jakie to śliczne! — zawołał nagle ściszonym głosem, wskazując palcem na sztalugi z portretem Ewci, dotąd stojące w ogrodzie.

— To ja! — rzekła Ewcia z odrobiną dumy.

— Boże, Boże! Jaki to talent z pana Zawidzkiego... Ten ci dopiero maluje, cholera! O! Przepraszam...

— Za cholerę? To drobiazg — rzekła rozradowana Ewcia. — Zaraz przyprowadzę pana Zawidzkiego.

Pobiegła szybko do pracowni z wesołą nowiną, że jakiś niezmiernie miły, chociaż mocno zabiedzony, Rogalik czeka w ogrodzie.

— Rogalik?! — zawołał Jerzy. — Przyszedł, biedaczyna? Przynieś go tutaj!

— Sam go sobie przynieś. A kto to jest ten Rogalik?

— Złoty chłopiec — mówił Jerzy, układając obrazy, które przeglądał — Syn biednego szewca, dlatego chodzi bez butów, jak to zapewne zauważyłaś. Chce za wszelką cenę zostać malarzem. Bardzo, bardzo zdolny chłopiec... I ja, i moi przyjaciele pomagamy mu od czasu do czasu, ale nikt z nas nie wie, co on w ogóle jada...

— Biedactwo...