— Wielkie biedactwo... Najgorsze z nim jest to, że nie będzie miał za co skończyć Akademii... Przebrnął przez gimnazjum i jeden rok przetrwał na malarstwie. Bóg jeden wie, jakim sposobem. Ojciec, mizerny szewc, sam chyba smołę gryzie. Młodzieniec ma jakichś tam krewnych w Krakowie, którzy by go może przytulili i tam mógłby się uczyć dalej, ale za co będzie się uczył? Obiecałem mu, że jadąc z Zakopanego wstąpię do Krakowa i rozpatrzę się w sytuacji.

— I co, Jureczku, i co?

— Istotnie, mieszkać miałby gdzie. Bo tu, w suterenie u ojca, nawet tego nie ma. Ale co z resztą? Biedny Rogalik...

— A taki miły. Na widok mojego portretu aż zawył z zachwytu...

— To dobry chłopak. Gdzie on jest, w ogrodzie?

— W ogrodzie. A przed bramą stał przez pół godziny.

Jerzy wyszedł na schody i wyjrzał przez niewielkie okienko. Powrócił do pracowni zatroskany.

— Przecież z tego chłopca wszystko leci! — rzekł, zamyślony. — Słuchaj no, Ewuniu! Wiesz, gdzie stoi szafa z moją garderobą? Wisi tam brązowe ubranie, nieco sfatygowane, ale jeszcze porządne. Dobry kolega nie obrazi się... Zawiń to starannie, aby nie było widać, co jest wewnątrz, i połóż w przedpokoju na krześle... Musimy sprawić, aby szlachetny Rogalik wyglądał jak arcyksiążę.

— Rozumiem!

— Sama się już nie pokazuj, aby mu nie było przykro, bo to ambitny gość. Od malarza przyjmie, ale jeśli nikt o tym wiedzieć nie będzie... Zrobisz to?