— No to co?
— Niby nic... Gadaj natychmiast, co się z nimi stało?
— Przede wszystkim nie trzydzieści siedem, tylko trzydzieści jeden. Miałam istotnie trzydzieści siedem, ale pięć wydałam na auto, kiedy woziłam rozmaite twoje smarowidła, a resztę na tramwaje. A poza tym, czyje to były pieniądze?
— Oczywiście, że twoje, ale ponieważ ja jestem twoim opiekunem, mam prawo wiedzieć... Czemu ty, brzdącu, tak się rumienisz? Ha! To jakaś nieczysta sprawa! Pokaż mi natychmiast twoją torebkę!
Zamiast torebki, której widok nie jest obelżywy, Ewcia pokazała mu język, co u niektórych ludów oznacza wysoki stopień obrazy.
Po chwili nie było jej w zasięgu pocisku, którym za wytworną damą mógł był rzucić szalony malarz.
Ewcia zdążała z odrobiną trwogi w sercu, jak ją powita pani Szymbartowa. Po dłuższym namyśle doszła jednakże do przekonania, że należy wszystko ścierpieć wobec tego, że Zosi stało się zapewne coś złego i trzeba jej pośpieszyć z pomocą.
Nagle przystanęła, jak gdyby coś ją zatrzymało w drodze.
— Tak, tak będzie najlepiej! — rzekła sama do siebie.
Zmieniła kierunek i idąc szybko wzdłuż prawej strony ulicy Wspólnej103, przyglądała się pilnie umieszczonym obok bram wywieszkom i tabliczkom. Jedna z nich oznajmiała czarno na białym, że w tym domu mieszka pan doktor Różański. Był to kolega i serdeczny przyjaciel pana Tyszowskiego, przy czym zaprzysiężony przyjaciel Ewci, którą znał od chwili zbędnych jej narodzin i miłował gorąco. Zdumiał się na jej widok i oświadczył na wstępie, że musiała zajść do niego przez pomyłkę — on jest bowiem specjalistą od chorych płuc nie od pomylonych głów i zadartych nosów. Wysłuchał jednak cierpliwie splątanej historii pani Szymbartowej, śmiertelnie obawiającej się lekarzy i leczącej jedyną córkę okładami z posiekanych śledzi. Frasobliwie kręcił głową, słuchając szczegółów ucieczki przez okno, i poradził Ewci serdecznie, aby w dniu powrotu ojca przyszła znów do niego, a on jej da doskonałą maść, która wybornie goi miejsce, dotkliwie znieważone karzącą ręką ojcowską.