Ponieważ sobotnie popołudnie wolne było od przyjęć, pan doktor oznajmił gotowość natychmiastowej wyprawy do Szymbartów, wyraziwszy nadzieję, że go pani Szymbartowa jednak nie obleje ukropem.
— Ja wejdę pierwsza, a pan poczeka u pana Szymbarta — rzekła Ewcia.
— Czy jego mam też zbadać?
— Nie, ale gdyby mu pan przepisał butelkę koniaku, poczciwy ten człowiek byłby panu serdecznie wdzięczny. Ja bardzo lubię pana Szymbarta.
Właśnie on otworzył im drzwi, co Ewci dodało otuchy. Pan Szymbart wzruszył się głęboko, dowiedziawszy się, kim jest jej towarzysz. Objaśnił pośpiesznym szeptem co i jak i wprowadził lekarza do swego pokoju.
Ewcia zapukała cichutko do izdebki, w której przy łóżku ciężko chorej Zosi siedziała od wielu, wielu godzin pani Szymbartowa. Patrzyła na córkę oczami, w których nie było spojrzenia, lecz samo tylko przerażenie. Ręce splotła tak kurczowo, że na przegubach palców było widać białą, bezkrwistą skórę. Nieszczęśliwa matka nie śmiała głębiej odetchnąć, aby nie spłoszyć tej miękkiej ćmy snu, która czasem zlatywała na jej obłędnie ukochane dziecko. Mogło się zdawać, że pani Szymbartowa zapamiętała się w boleści; wszystko dokoła niej — żywe czy martwe — przestało istnieć, a świat cały zmniejszył się przeraźliwie do kształtów biednej, biedniutkiej dziewczyny. Leżała ona blada, z zimnymi kroplami potu na czole. Usta jej, białe niemal, lekko były rozwarte. Ręce chude, do cna wynędzniałe, spoczywały bez ruchu na ciężkiej kołdrze, a przy jej jaskrawo rozkrzyczanej czerwieni białość dziewczyny była tym bardziej przeraźliwa. W pokoju panował mrok duszny, ciężki, nagrzany — jak suta draperia zwisająca z pułapu. Śmiertelnie smutny był widok leżącej nieruchomo nędzy i nieruchomo siedzącej rozpaczy, rozpaczy już do niczego niezdolnej, zmartwiałej, już nie siedmiokrotnej, lecz stukrotnej. Zdawało się, że ta matka czeka bez ruchu na ukazanie się śmierci, aby drgnąć na jeden moment i całą treść życia zmieścić w słowach: „Weź mnie, nie zabieraj tego dziecka!”.
Ewcia, nie usłyszawszy odpowiedzi na pukanie, weszła cicho, cichuteńko. Stanęła we drzwiach i ujrzała w mroku dwie plamy śmiertelnie białe — twarze matki i córki. Pani Szymbartowa powoli i bez śladu zdziwienia skierowała na nią spojrzenie i coś jak gdyby niewyraźny szept zadrżało na jej ustach. Widać jednak, że nie mogła się ani podnieść, ani sklecić jednego słowa. Ewcia ukłoniła się i spojrzała na nią z bezmierną tkliwością. Potem, stąpając na palcach, podeszła do łóżka i pochyliła się nad ukochaną przyjaciółką. Zosia nie mogła słyszeć jej wejścia, lecz coś w jej serduszku, ledwie bijącym, musiało zadrżeć, bo powoli, jakby z trudem podnosiła powieki. Zdawało się, że coś sobie z trudem przypomina i że sobie wreszcie po chwili przypomniała, bo uśmiechnęła się bledziutko i wyszeptała:
— Ewcia... Ewcia...
Ewcia odpowiedziała jej złotym uśmiechem. Położyła palec na ustach, niby że jej mówić zakazuje, i powiedziała sama cichutko:
— To ja, Zosieńko, to ja... Usłyszałam, że udajesz chorą, więc prędko przybiegłam i wciąż będę przychodziła.