Położyła swoją rękę na rączynie Zosi i poczuła, że ta rączyna jest wilgotna. Coś ją chwyciło za gardło, lecz opanowała się szybko.
— Zosieńko — mówiła z taką słodyczą, że głos jej brzmiał jak cichutka muzyka — strasznie się za tobą stęskniłam...
— Ja też... — starała się mówić dziewczyna.
I znowu się uśmiechnęła.
Pani Szymbartowa, ujrzawszy dwa uśmiechy na woskowej twarzy córki, zadrżała, jak gdyby te grymasy, nikłe jak tchnienie, blade jak świt jeszcze nienarodzony, wielkim były szczęściem. Zdawało się, że się stał jakiś cud. Od dwunastu godzin patrzyła w twarz córki i widziała na niej jedynie stężały smutek. Zdawało się, że teraz dopiero poznała Ewcię — spojrzenia ich się spotkały i wtedy Ewcia dała znak, że ma jej coś do powiedzenia.
Pani Szymbartowa, myślą z jakichś mroków powracająca, podniosła się ciężko z krzesła.
— Zosieńko — powiedziała Ewcia — zaraz tu wrócimy. Ja tylko coś pokażę mamusi...
— Dobrze...
Ewcia ujęła panią Szymbartową pod ramię i łagodnie zwróciła ją ku drzwiom. Zbolała kobieta, jak gdyby opuściła ją wola, szła pokornie. Ewcia zawiodła ją do dawnego swego pokoiku, posadziła na krześle i poczęła mówić gorąco:
— Proszę pani... Przepraszam za to, co zrobiłam. Ale to teraz nie ma znaczenia... Zosia jest bardzo chora i to jest najważniejsze... Widzi pani, co się dzieje... Proszę pani... Ja przyprowadziłam lekarza, znakomitego lekarza... Jest u pana Szymbarta...