Mogło się wydawać, że nieszczęśliwa kobieta nie rozumie ani słowa.
— Przyprowadziłam lekarza! — rzekła Ewcia dobitnie.
— Lekarza... — powtórzyła pani Szymbartowa głucho. — U nas nikt... Nigdy... Lekarza...
— Otóż to! — mówiła Ewcia gorąco. — Byłabym to uczyniła już dawno, ale nie przypuszczałam, że pani do tego doprowadzi... Przepraszam panią... Nie przypuszczałam, że Zosia jest aż tak chora. Na litość boską! Czemu pani...
Nie dokończyła, spojrzawszy na twarz tej dziwnej matki, co dałaby sobie uciąć rękę za każdy rumiany uśmiech dziecka, a trwożącej się, że każdy obcy je skrzywdzi.
— Mogę go zaprowadzić do Zosi? Słyszy mnie pani?
— Tak, słyszę... Czy to... Czy to dobry lekarz?
— Jeden z najlepszych!
— Pozna się na wszystkim?
— Tak, oczywiście...