— Ewciu... — szepnęła pani Szymbartowa. — Ona nie umrze?
— Niech pani odpuka! — zawołała Ewcia. — Ani jej się śni!
Pani Szymbartowa tak patrzyła na jej usta, jak gdyby to one miały wygłosić nieomylny wyrok. Potem nagle rzuciła się Ewci na szyję ze szlochem.
Dziewczyna przytuliła się do niej i mówiła szybko:
— O, droga pani! Wszystko będzie dobrze... Spokojnie, spokojnie... Niech pani nie płacze... Niech pani nie płacze, bo Zosia jeszcze usłyszy...
Szloch pani Szymbartowej ustał jakby siłą zdławiony. Otarła oczy i rzekła:
— Bóg cię nagrodzi, Ewuniu... Bóg cię nagrodzi... Jak ona się do ciebie uśmiechnęła! Chodźmy. Zawołaj lekarza... Może on... Może on... Ja wszystko zrobiłam... Pewnie źle...
Ewcia nie słyszała już ostatnich słów.
Pan doktor Różański zadrżał, wszedłszy do pokoiku, w którym leżała Zosia w martwej duszności powietrza. Rzucił ciężkie spojrzenie na stojącą we drzwiach, pełną śmiertelnego lęku, panią Szymbartową. Niecierpliwym ruchem rozgarnął firanki i wezwał Ewcię do pomocy. Uśmiechnął się do Zosi dobrym, serdecznym uśmiechem i zagadał do niej wesoło:
— Przyjaciółki naszych przyjaciółek są naszymi przyjaciółkami... Zaraz zobaczymy, czego dziewczynce brak? Ewci brak piątej klepki, ale chyba nie wszystkie panny skaczą przez okno jak kozy... Ewciu, podnieś poduszkę... Tak... Tak... Kiedy teraz zapukam palcem w plecy, proszę mi nie odpowiadać: „A kto tam?”, bo powiem „Swój!”. Ho, ho! Dziewczynka się śmieje, a Ewcia też się ze mnie natrząsa...