Wciąż tak gadał niby wesoło, lecz w spojrzeniu miał troskę.

Zosia, zdziwiona i przejęta, uśmiechała się naprawdę, gdyż pan ten był niezmiernie miły. Pani Szymbartowa patrzyła jak na czary i gusła104. Skoro ujrzała uśmiech córki, który się zjawiał coraz częściej od chwili wejścia Ewci i tego człowieka, serce w niej zadygotało z niezmiernego wrażenia. Ucichło jednak gwałtownie, gdyż lekarz skończył badanie i pożegnawszy Zosię wesołym i żartobliwym pozdrowieniem, przeszedł do sąsiedniego pokoju. Wszyscy poszli za nim. Pani Szymbartowa, blada i zlękniona, stanęła na uboczu. Lekarz usiadł i przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Raz jeden spojrzał twardo i ciemno na zaślepioną matkę.

Wreszcie rzekł cicho, jak gdyby się obawiając, że go może usłyszeć chora dziewczynka.

— Proszę państwa, jest bardzo źle...

— Jezu! — jęknęła pani Szymbartowa.

— Gruźlica mocno posunięta... Zbrodniczo zaniedbana... To dziecko zabijano na raty...

W tej chwili lekarz napotkał błagalne spojrzenie Ewci, która mu wskazywała oczami panią Szymbartową. Zrozumiał je i dodał szybko:

— Dziewczynę można jednak uratować... Nawet z wszelką pewnością można uratować...

Pani Szymbartowa, bliska omdlenia, szeptała coś, czego nie można było zrozumieć. Ewcia przysunęła się do niej i objęła ją miękko.

— Trzeba jednak zabrać się do leczenia natychmiast, gdyż każda chwila jest bezcenna. Dziewczynę należy wysłać do sanatorium do Otwocka105 na czas długi, najkrócej na rok. Wtedy będzie uratowana. Słyszy pani?!