Pani Szymbartowa patrzyła w niego rozszerzonymi oczami i skinęła ciężko głową na znak, że słyszy.
— Panie Szymbart! — rzekł lekarz. — Kładę panu na serce troskę o ten wyjazd. Natychmiastowy wyjazd! Wyjazd taki pośpieszny, jak gdyby to były wyścigi ze śmiercią.
W pokoju drżała cisza smutna i przygniatająca.
Lekarz zaczął po dłuższej chwili mówić znowu powoli i dobitnie. Pisał potem długo recepty, wreszcie podniósł się i zbierał się do odejścia. Wtedy pan Szymbart zbliżył się do niego nieśmiało i zaczął szeptać.
— Nic! — odrzekł lekarz. — Przecież to przyjaciółka Ewci... Moje honorarium ofiaruję na auto dla tej biednej dziewczynki. Bądź zdrowa, smarkulo... Idź do licha, czemu się mnie czepiasz? Wynoś się! Daj mi od czasu do czasu znać, co słychać... Odczepisz się wreszcie czy nie? Dość, dość, bo mi żebra połamiesz! Moje uszanowanie...
Pan Szymbart poszedł odprowadzić lekarza do drzwi. Gdy powrócił, miał twarz szarą. Usiadł ciężko i mówił:
— Bóg cię zesłał, Ewuniu... I ten lekarz, zacny człowiek... Lecz co my zrobimy, co my zrobimy?
— Z czym? — spytała Ewcia.
— Na miesiąc pobytu w sanatorium może się znajdzie, a co potem?
Ewcia zmarszczyła czoło w głębokim zamyśleniu.