— Znajdzie się! — zawołała ściszonym głosem. — Żebym miała stanąć na głowie!
Nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego w tej dziwacznej pozycji Ewcia potrafi zdobyć pieniądze. Jakoś lżej jednakże westchnął pan Szymbart, a pani Szymbartowa spojrzała na nią z takim zdumieniem, jak gdyby Ewcia już stanęła na głowie.
Rozdział dziesiąty, w którym Ewcia przysparza stolicy dwóch elegantów najwyższej klasy
Jerzy nie uszanował świętej niedzieli i rozpoczął dzień od awantury.
— Gdzie jest mój czerwony, jedwabny krawat? — wołał, wsadziwszy zatroskaną głowę w głąb szafy.
Ponieważ szafa nie odpowiedziała, powtórzył pytanie, zwróciwszy się w stronę matki i Ewci, siedzących przy śniadaniu. Pani Zawidzka wyraziła domysł, że może Jerzy zgubił krawat w podróży do Zakopanego. Malarz oświadczył w tonie rozjęczanym, że najwspanialszego swojego krawata nie zabierał w góry. Ewcia nie złożyła żadnego oświadczenia.
— Ha! — zawył Jerzy. — A gdzie jest moja jedwabna koszula?
Ponieważ i tego nikt nie mógł odgadnąć, poczęto snuć śmiałe przypuszczenia, wśród których najodważniejszym było posądzenie Rolmopsa o kradzież; było ono jednak oczywiście niesłuszne, bo chociaż mogło się zdarzyć, że kundel w przystępie nagłego obłędu zjadł krawat, nie mógłby jednak pożreć i strawić koszuli. Wobec tego Jerzy był bliski rozpaczliwego zamiaru rozwalenia głową twardej szafy. Zanim to jednak wykonał, krzyknął po raz trzeci, zauważywszy brak jednej pary pończoch, jednej pary rękawiczek odświętnych i jednej chustki do nosa. Wtedy dopiero osłabł, zatoczył się, jak gdyby na szlachetną jego głowę spadła z piątego piętra cegła, usiadł na krześle i głucho jęczał. Jawne się stało, że niepojęta strata najwytworniejszych części garderoby musiała mu coś pomieszać w rozumie.
Pani Zawidzka wezwała Honorcię, która przysiągłszy na cienie ojców i dziadków, że nie ma pojęcia, kto mógł poczynić to straszliwe spustoszenie, poradziła życzliwie Jerzemu, żeby odmówił gorącą modlitwę do św. Antoniego106, patrona rzeczy zagubionych. Malarz zamiast usłuchać dobrej rady łypał oczami i od czasu do czasu chwytał się rękami za głowę mołojecką107. Nagle znieruchomiał, bo ostatnim błyskiem świadomości zauważył, że milcząca Ewcia nasypała do herbaty trzy łyżeczki soli, a na jajko na miękko, z którego nie obtłukła skorupki, cukier. Czujny jak szatan, czyhający na zbladłą z trwogi duszę, począł patrzeć pilnie i spostrzegł — jeszcze bardziej zdumiony — że Ewcia zaczęła mieszać herbatę widelcem, co mu się wydało wynalazkiem całkowicie nowym.
— Oho! — mruknął. — W tym coś jest...