Ale co mogło być? Przecież Ewcia nie mogła zabrać ani krawata, ani potężnie rozrosłych rękawiczek, za obszernych nawet na jej nogi. Coś jednak wie! Jerzy postanowił nie spuszczać z oka tej zbrodniczej duszy. Przyszło mu na myśl, że Ewcia mogła ukryć jego odświętne stroje, aby mu urządzić psotę. Gdyby jednak tak było, uśmiechałaby się „pod wąsem”, a nie posypywałaby skorupki jajka cukrem, co dowodziło niewątpliwie rozterki ducha.
Czując na sobie świdrujący wzrok Jerzego, Ewcia zaczęła mówić bez ładu i składu o wczorajszej awanturze u Szymbartów i o dzisiejszych odwiedzinach u pana Mudrowicza. Zwracała się tylko do pani Zawidzkiej i ani razu nie spojrzała w stronę Jurka.
„Coś ty kręcisz, małpiszonie!”, pomyślał Jerzy, a głośno złożył uroczyste oświadczenie:
— Jeżeli moje rzeczy nie znajdą się do wieczora, zapowiadam mamie, że podpalę dom! Czy wszyscy słyszeli? W tej chwili jest godzina dziesiąta piętnaście. O godzinie ósmej wieczorem stanie się nieszczęście. Ktoś sobie żarty ze mnie stroi?
— Ani ja, ani Ewcia! — rzekła pani Zawidzka. — Poszukaj jeszcze w pracowni.
— W pracowni byłem przed godziną. Nie widziałem tam żadnej koszuli. Jedwabnej koszuli! Kogo tam znowu przyniosło? — zakrzyknął, usłyszawszy dzwonek.
Honorcia oznajmiła, że niejaki pan Rogalik zapytuje z ukłonem, czy może być przyjęty, mimo tak wczesnej pory, na minut pięć. Zanim Jerzy zdołał odpowiedzieć, że gotów jest udzielić nadzwyczajnego posłuchania panu koledze Rogalikowi, stało się coś niezwykłego — Ewcia zerwała się z krzesła i uciekła pędem sarny, która otrzymała wiadomość, że wilk jest w pobliżu.
— Czemu ona uciekła? — zapytała zdumiona pani Zawidzka.
— Furie108 ją gonią! — odrzekł jej syn głosem z grobu. — Za chwilę się dowiemy. Niech Honorcia poprosi pana Rogalika.
Do pokoju nie wszedł młodzieniec. Do pokoju weszło słońce. Do pokoju wszedł królewicz z bajki. Wszedł arbiter elegantiarum109, świetny dandys110, kawaler d’Orsay111, książę Walii112. Pan Rogalik, lecz jakże odmieniony — w pięknym, brązowym ubraniu, z czerwonym, jedwabnym krawatem na niezłomnej szyi, w koszuli jedwabnej w czerwone paski i we wspaniałych, niezwykłej cienkości pończochach. Z kieszonki na piersi jak płomień wychylała się jedwabna chusteczka. Musiało być coś płomieniście olśniewającego w tej wybornej postaci, bo Jerzy zaniemówił ze zdumienia, albowiem kolega Rogalik pysznił się jego krawatem, jego koszulą itd., itd. Przywitawszy się dwornie z panią Zawidzką, wyszczerzył w uśmiechu niesłychaną liczbę zębów (zęby nie były własnością Jerzego) i rzekł nieśmiało: