— Przyszedłem się panu pokazać w tych wszystkich wspaniałościach... Nigdy nie marzyłem o czymś podobnym... Bo to, proszę pani, pan Jerzy ofiarował mi i to ubranie, i tę koszulę, i to wszystko...
Pani Zawidzka uśmiechnęła się do świetnego dandysa, na syna jednak spojrzała z odrobiną smutku, słusznie rozumując, że pierworodny zwariował od samego rana, najpierw bowiem ofiarował miłemu Rogalikowi rozmaite rzeczy, a potem groził spaleniem domu, jeżeli się nie znajdą do wieczora. Po czym pozostawiła młodzieńców samych i poszła szukać Ewci, aby jej oznajmić, co i jak się stało.
Kolega Rogalik uśmiechnął się raz jeszcze, ponownie uścisnął dłoń Jerzego i rzekł:
— Proszę pana! Pan jest najzacniejszym człowiekiem na tym złym świecie. Ja zaś długo się wahałem, czy mogę przyjąć rzeczy tak kosztowne, lecz pomyślałem sobie, że nie wolno mi odmową robić panu przykrości. Jednego jednak przyjąć nie mogę!
— Czego pan nie może przyjąć? — zapytał Jerzy głosem, który i ciemną barwą, i niską temperaturą przypominał mrożoną kawę.
— Pieniędzy — rzekł cicho Rogalik. — To już za wiele... I ubranie, i koszula, i krawat, i jeszcze do tego pieniądze...
— Ja panu dałem pieniądze?
— Niech pan nie udaje — zaśmiał się serdecznie Rogalik. — Włożył pan do kieszeni kamizelki trzydzieści jeden złotych... Byłbym już onegdaj je oddał, ale dopiero dzisiaj znalazłem... Dlatego przyszedłem o tak wczesnej porze...
— Trzydzieści jeden złotych! — krzyknął Jerzy. — O żmijo!
— Co pan mówi? — zdumiał się Rogalik.