— Nic, nic... Ja tak do siebie... Panie Michałku kochany! Przyjął pan ubranie, musi pan przyjąć i to, co było w ubraniu.
— Ależ to niepodobieństwo!
— Musi pan! Żadne niepodobieństwo... Między nami, malarzami... Daję słowo, że gadać z panem nigdy już nie będę, jeśli pan nie weźmie tych paru groszy.
Tak długo prosił, że Rogalik rzekł wreszcie:
— Dobrze, wezmę je, ale tylko jako pożyczkę.
To powiedziawszy, poprawił nabożnym ruchem jedwabny, czerwony krawat, wygłosił siedem słów górnie brzmiących i pełnych uwielbienia dla Jerzego, ukłonił się również siedem razy i wyszedł na ulicę, na której przechodnie tylko dlatego nie padali przed nim na twarz, że właśnie nikt ulicą nie przechodził.
Jurek zaś schwycił się raz jeszcze tego dnia rękami za głowę i wył cicho, a boleśnie:
— Stracony na wieki mój przecudny krawat, stracona na wieki moja jedwabna koszula!
— Czemu tak zawodzisz? — spytała, wchodząc, pani Zawidzka.
— Czemu tak zawodzę? Posłuchaj tylko...