I opowiedział, jak to ten potwór, ten wąż, ten czort, ta młoda czarownica, słowem — ta Ewcia — miała na jego prośbę przygotować dla Rogalika ubranie i jak samowolnie dodała do ubrania najwytworniejsze części jego garderoby; żeby zaś Rogalik, wspaniale wystrojony, mógł wieść życie ponad stan, włożyła do kieszeni ubrania cały swój majątek.

— Już mnie coś tknęło, kiedy wczoraj pożyczyła ode mnie osiemdziesiąt groszy na tramwaj! Słyszała mama o czymś podobnym? Trzydzieści jeden złotych ofiarowuje biednemu chłopcu, którego widziała przez pięć minut, a sama pożycza na tramwaj.

— Ona oddałaby biednemu ostatnią koszulę — rzekła pani Zawidzka.

— Niech oddaje, ale czemu przy sposobności oddaje i moje? Jak chciała zrobić kawał, mogła wybrać inną, ale ona — ziółko! — starannie skompletowała wszystko co najlepsze. Zaraz na ten temat z nią pogadam, że jej oko zbieleje. Gdzie ona jest?

— Jureczku! — rzekła pani Zawidzka. — Tylko bez awantur! Tobie zostało jeszcze wiele i koszul, i krawatów, a ona oddała ostatni swój grosz. Poza tym pojęcia nie mam, gdzie jest Ewcia. Chyba pod ziemię się zapadła!

— Nie może być! — zawołał Jerzy zaniepokojony. — Ależ trzeba szukać jej natychmiast... Wszędzie jej mama szukała?

— Wszędzie.

— Z domu chyba nie wyszła?

— Nie wiem. Musiała się ciebie przestraszyć...

— Ona mnie? — zaśmiał się Jerzy boleśnie. — Ona tak się mnie boi jak koza kapusty. Przecież wczoraj zmogła nawet panią Szymbartową. A nie ma jej przypadkiem na strychu?