— Strych zamknięty, piwnica też...
— Oj! — myślał Jerzy głośno. — Licho wie, co jej może strzelić do głowy... Przez ten głupi krawat i jeszcze głupszą koszulę.
Pani Zawidzka uśmiechnęła się.
— Nareszcie! Idź jej teraz szukać. Biedactwo miało wczoraj przejścia u Szymbartów, dzisiaj wybiera się do Mudrowicza, a w międzyczasie musi uciekać przed tobą.
Jerzy poskrobał się w głowę i poszedł na poszukiwanie Ewci. Przetrząsnął cały dom, obszedł wszystkie zakamarki, wreszcie wyszedł — już naprawdę zatroskany — do ogródka, aby spojrzeć, czy jej nie ma na dachu, dość słusznie rozumując, że osoba tak sprawna i pomysłowa mogła tam wleźć po rynnie. Na dachu siedział jedynie wróbel.
— Ewciu! — zawołał Jerzy. — Ewuniu!
Wróbel uciekł, a Ewcia się nie ukazała.
— Zdaje się, że narobiłem bigosu — mówił Jerzy sam do siebie. — Ewuniu! — wrzasnął jeszcze raz, niemal z rozpaczą.
— Czy pan kogoś szuka? — odezwał się głos za nim.
Jerzy obejrzał się szybko i zobaczył pannę z orzechowymi oczami, wyglądającą spoza niskiego muru, co dzieli dwie sąsiadujące wille. Musiała stać albo na drabince, albo na krześle.