— Tak, proszę pani! — odrzekł Jerzy, kłaniając się. — Ewcia gdzieś mi się zapodziała... Nie widziała jej pani przypadkiem?

— Niedawno widziałam wychodzącego od państwa jakiegoś świetnego młodzieńca, który miał prześliczny, czerwony krawat...

Jerzy spojrzał szybko na panienkę, badając, czy z niego nie kpi, ta jednak uśmiechała się tak niewinnie, jak gdyby próbowała przed chwilą doliczyć do trzech i nie zdołała dokazać tej wspaniałej sztuki. Chciał zawołać wniebogłosy: „To był kiedyś mój krawat!”, ale zdławił w sobie boleść tego okrzyku i zapytał podejrzliwie:

— Czy pani dawno siedzi na tym murze?

— Dość dawno... A bo co?

— I nie widziała pani Ewci?

— A czemu pan jej szuka? Czy pan chce ją zabić? — mówiła, śmiejąc się.

„Ta też kręci...”, pomyślał Jerzy. „Oho! Baby zrobiły spółkę...”. Potem rzekł głośno:

— Gdyby pani przypadkiem zobaczyła Ewcię, niech jej pani powie, że wszystko się wyjaśniło i że moja matka bardzo jest zaniepokojona jej zniknięciem.

— A pan?